
Coś się dzieje na Bałtyku. Nie chodzi o jedną wiadomość, jeden incydent ani jedną deklarację polityka. Chodzi o to, że jeśli połączymy ze sobą wydarzenia z ostatnich tygodni, obraz, który się wyłania trudno zbagatelizować.
10 marca 2026 roku Polska wprowadza strefę EP R130 – nowe, szczelniejsze ograniczenia przestrzeni powietrznej, oficjalnie będące kontynuacją wcześniejszych obostrzeń. Dwa tygodnie później ukraińskie drony po raz pierwszy od czterech lat skutecznie paraliżują rosyjskie porty na Bałtyku – Ust-Ługa i Primorsk zostają trafione. Zbieg okoliczności? Może. Ale wyczyszczenie cywilnego nieba to jednocześnie idealna zasłona dla rajdów dronów lecących wzdłuż krawędzi przestrzeni powietrznej NATO. Ukraiński dron, który uderzył w komin elektrowni Auvere w Estonii, sugeruje, że ta krawędź była nie tylko blisko – mogła zostać przekroczona.
Kreml nie czekał długo z interpretacją. Rosyjscy politycy oficjalnie oskarżyli Polskę o współudział w atakach. Dla Moskwy to nie jest już kwestia domysłów – Polska w ich narracji przestała być krajem neutralnym. A to daje Putinowi gotowy pretekst do „symetrycznej odpowiedzi”, która brzmi groźnie tym bardziej, że cele są oczywiste. Zwłaszcza, ze Polska nie potępiła ataków na porty na Bałtyku, mimo, że to ataki na infrastrukturę cywilną i pogłębianie globalnego kryzysu naftowego.
Rosja nie musi uderzyć w Warszawę. Wystarczą dwa punkty. Naftoport w Gdańsku, przez który płynie dziś niemal cała ropa dla polskich rafinerii. I gazoport w Świnoujściu, odpowiadający za około połowę krajowego zapotrzebowania na gaz. Atak na oba obiekty oznaczałby energetyczny nokaut w ciągu dosłownie kilkudziesięciu godzin. Polska gospodarka wpadłaby w głęboki kryzys – nie metaforycznie, ale fizycznie. Brak dostaw ropy to przestoje na rafineriach, wysokie ceny i ograniczenia sprzedaży benzyny i oleju napędowego. Niedobory gazu to przestoje w przemyśle i elektrowniach.
To efekt rzekomej „dywersyfikacji” źródeł dostaw przez ostatnie dwie dekady. Odchodzenie od własnych surowców – głównie węgla na rzecz importu gazu z egzotycznych krajów (Katar, USA) i ropy z Arabii Saudyjskiej, żeby zrobić na złość Rosji, na której surowce ostatecznie i tak możemy być skazani.
Tu pojawia się pytanie, które boli najbardziej: czy ktoś w Warszawie naprawdę to kalkuluje? Bo Polska 2026 roku to kraj z rosnącym długiem, chaosem administracyjnym i sądowym, trudną do ukrycia sytuacją z NFZ i rządem, który ma polityczne powody, żeby uwagę opinii publicznej skierować gdzieś indziej. Nie ma wdzięczniejszego scenariusza dla władzy w tarapatach niż zewnętrzne zagrożenie, które tłumaczy wszystko – podwyżki cen, braki paliwa, konieczność ograniczenia swobód obywatelskich. Narracja „wina Putina” to polityczny reset, który przykrywa krajowe problemy i ucisza opozycję pod parasolem stanu wyjątkowego.
A USA? Z Białego Domu idą głosy bez owijania w bawełnę: jeśli Polska zostanie zaatakowana, „możemy porozmawiać, czy mamy czas, żeby pomóc”. Poniżej dokładny cytat Marco Rubio:
„Jeśli Europa nie pozwoli nam wykorzystać baz, które obsadzamy i finansujemy, do ich obrony, kiedy będziemy ich potrzebować, powinniśmy je zamknąć i wycofać nasze wojska z Europy. Jeśli zostaną zaatakowani przez Rosję, możemy porozmawiać, czy mamy czas, żeby im pomóc.”
Przekład z dyplomatycznego na ludzki jest brutalny – skoro nie pomogliście nam bronić Zatoki Perskiej, w której też macie interes, my nie będziemy się spieszyć bronić waszej Zatoki Bałtyckiej. Amerykanie będą mogli dalej sprzedawać swój skroplony gaz – tyle że już nie bezpośrednio do Świnoujścia, lecz przez niemieckie terminale. Z dodatkową marżą dla Berlina, który przy okazji umocni swoją pozycję energetycznego pośrednika w regionie. Dla największego sojusznika Tuska – całkiem niezły układ.
Do tego obrazka trzeba dołożyć jeszcze jeden element – samą Ukrainę. Kraj pogrążony w wojnie od czterech lat, wykrwawiony demograficznie i gospodarczo, coraz bardziej desperacki w szukaniu sposobów na zmianę układu sił. Ataki na rosyjskie porty bałtyckie to nie przypadkowa eskalacja – to próba wciągnięcia NATO, a konkretnie Polski, w bezpośrednią konfrontację z Rosją. Ukraina ma w tym oczywisty interes. Polska niekoniecznie.
Dodajmy, że Rosja może skopiować pomysł Iranu na wojnę z Izraelem i USA. Iran zamiast atakować Izrael, atakuje sojuszników Izraela – bazy USA oraz instalacje naftowe w państwach Zatoki Perskiej – Arabię Saudyjską, Kuwet, Bahrajn czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Rosja, podobnie jak Iran, może uzyskać większe efekty atakując i paraliżując sojusznika.
Tymczasem Waszyngton wyraźnie zmienia kurs. Trump nie ukrywa, że woli rozmawiać z Putinem niż prowadzić wojnę przez pełnomocnika. Stany Zjednoczone swoje cele w dużej mierze już osiągnęły – wynegocjowane porozumienie dające USA udział w przychodach z ukraińskich złóż surowców naturalnych to konkretny, wymierny zysk z lat wsparcia. Dalsze zaangażowanie militarne przestaje się Amerykanom opłacać. Ukraina może być stopniowo pozostawiana samej sobie – i szukać ostatniego dźwigni nacisku tam, gdzie jeszcze może, czyli właśnie na Bałtyku. Na Ukrainie społeczeństwo ma już dość wojny, a zwłaszcza łapanek przez wojskowych i wysyłaniu nieprzygotowanych, chorych mężczyzn na front jako mięso armatnie, podczas gdy elity bawią się na dyskotekach w Europie. To już nie jest wojna narodu Ukraińskiego, to jest wojna ekipy Zełeńskiego – o przetrwanie i czerpanie korzyści z władzy Bo póki jest wojna, to nie ma wyborów.
Do tego dochodzi jeszcze jeden element, o którym Polska woli nie mówić głośno. Nord Stream 2 został wysadzony w 2022 roku. Rosja wskazuje na Polskę jako współsprawcę – według tej wersji to z polskiego wybrzeża startowali nurkowie. Czy Polska miała w tym udział? Biorąc pod uwagę, że od początku wojny Polska jest jednym z najbardziej zaangażowanych zaplecz Ukrainy – lotnisko w Rzeszowie służy jako główny węzeł przerzutu broni i pomocy wojskowej – ta wersja nie jest dla nikogo abstrakcją. Dla świata liczą się fakty, a fakty są proste: rurociąg wyleciał w powietrze, Polska aktywnie wspiera Ukrainę, a teraz ukraińskie drony paraliżują rosyjskie porty bałtyckie.
Nikt nie będzie czekał na wyniki śledztwa. W oczach Kremla – i nie tylko Kremla – obrazek jest już zamknięty. Ewentualny rosyjski odwet na polską infrastrukturę energetyczną miałby w tej narracji żelazne uzasadnienie. Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.
Polska w tym scenariuszu jest wygodnym narzędziem – wystarczająco zaangażowanym, żeby ponosić konsekwencje, i wystarczająco małym, żeby nikt się za nią specjalnie nie wstawiał.
Na tym tle zachowanie części polskich polityków jest szkodliwe do bólu. Kiedy Stany Zjednoczone rozmawiają z Moskwą, Turcja od lat prowadzi z Rosją interesy ignorując sankcje, Węgry blokują unijne decyzje wymierzone w Kreml, a Słowacja otwarcie kwestionuje sens dalszego wsparcia dla Ukrainy – polska klasa polityczna wciąż straszy Putinem jak mantrą. Nie jako element realnej strategii obronnej, lecz jako narzędzie do mobilizowania elektoratu i zagłuszania krajowych problemów.
Wszyscy dookoła – włącznie z naszymi formalnymi sojusznikami – dogadują się z Rosją, robią interesy, szukają wyjść. Ponad naszymi głowami, bez pytania nas o zdanie. A Polska tkwi w narracji z 2022 roku, jakby czas się zatrzymał, i wystawia się na ryzyko, którego nikt inny już nie chce ponosić.
To nie jest polityka. To frajerstwo.
Pytanie, które po tym wszystkim pozostaje, jest proste i nieprzyjemne: czy polskie władze świadomie grają w grę, w której stawką jest nasze bezpieczeństwo energetyczne, a nagrodą – przetrwanie polityczne przy władzy? Dane mówią to, co mówią. Resztę oceń sam.
O Gazoporcie w Świnoujściu jako potencjalnym celu pisałem już w 2022 roku:
O głupiej kontynuacji wojny na Ukrainie w kontekście dostaw paliw również pisałem w 2022 roku:
