Radne KO muszą zapłacić i przeprosić za kłamstwa. Wyrok prawomocny.

Poniżej wywiad dla Redakcji Pressmania.pl, która była obecna na rozprawie w Wieliczce.

Sąd Okręgowy w Krakowie utrzymał wyrok Sądu Rejonowego w Wieliczce, nakazujący dwóm radnym klubu Koalicji Obywatelskiej w Wieliczce zapłatę nawiązki i przeprosiny radnego Bartłomieja Krzycha z Otwartej Wieliczki.

Na przełomie lutego i marca 2025 radne Monika Zamarlik i Julia Kubać zarzuciły publicznie radnemu Krzychowi, że jako przewodniczący rady społecznej przy gminnym ośrodku zdrowia (SPZLO) zamiast poinformować radnych o posiedzeniu rady, zajmował się szerzeniem nienawiści w Internecie w związku z aferą wokół Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Wieliczce. Radny Bartłomiej Krzych uznał to za zniesławienie go jako przewodniczącego rady społecznej i radnego miejskiego.

Poniżej Bartłomiej Krzych odpowiada na pytania związane z tą sprawą.

Pressmania: Jak to się w ogóle zaczęło? Skąd te zarzuty?

Podczas sporu o budynek Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Wieliczce, Radna Zamarlik jako pierwsza 27 lutego 2025 napisała na największej wielickiej grupie Facebookowej, że zapomniałem poinformować radnych o posiedzeniu rady społecznej, bo zajmowałem się hejtem w internecie. Zwróciłem jej uwagę, że to nieprawda i że może to sama łatwo zweryfikować. Mimo to 1 marca, pod oszczerczym wpisem drugiej radnej Julii Kubać, kilkukrotnie w komentarzach utwierdzała ludzi w przekonaniu, że radna Kubać ma rację i że zaniedbałem swoje obowiązki. To było celowe, świadome działanie – tym bardziej, że na dwie skrzynki mailowe pani Zamarlik trafiło łącznie kilka maili z informacją o posiedzeniu rady społecznej, a w tych mailach było widoczne, że są wysyłane do wszystkich członków rady. Mogła to zweryfikować w każdej chwili. Jej działanie było ukierunkowane na dyskredytowanie mnie – co potwierdziła zresztą później swoim zachowaniem na sali rozpraw.

Pressmania: Jak przebiegał sam proces? 

W postępowaniu zeznawało pięciu świadków i wszyscy potwierdzili, że zawiadomienia o posiedzeniach rady społecznej były wysyłane w ten sam sposób od zawsze – sposób, który nigdy wcześniej nie budził żadnych zastrzeżeń. Podczas procesu obie oskarżone twierdziły, że zawiadomienia nie dotarły do członków rady, a następnie zmieniły narrację, że były wysyłane niezgodnie z regulaminem. Tłumaczyły sie tez problemami ze skrzynką mejlową. Świadkowie – w tym m.in. radni Małgorzata Krasoń i Daniel Lenik potwierdzili, że dostali zawiadomienia. Potwierdziła to również dyrektor i sekretarka ośrodka zdrowia. Szkoda, że świadkowie musieli marnować wakacyjny czas na wizytę w sądzie. Mnie wystarczyło troje świadków, jednak radne domagały się obecności jeszcze dwojga osób. Na nic to się zdało, bo i tak musieli mówić prawdę pod odpowiedzialnością karną. Radne, jako oskarżone nie zgodziły się natomiast odpowiadać na moje pytania, co też jest znamienne, bo jak ktoś jest niewiny, to nie boi się pytań.

Pressmania: Jaki ostatecznie zapadł wyrok?

Sąd Rejonowy w Wieliczce warunkowo umorzył postępowanie karne na okres 1 roku, zobowiązując obie radne do przeprosin i zapłaty w sumie dwóch tysięcy złotych na moją rzecz. Do samego końca proponowałem ugodę – obie ją odrzuciły, ani przed procesem, ani po nim nie chciały przystać na żadne warunki. Wyrok jest łagodny, biorąc pod uwagę, że cały materiał dowodowy przemawiał na moją korzyść. W mojej ocenie powinien być surowszy.

Pressmania: Podobno podczas rozprawy apelacyjnej padały bardzo mocne słowa. Co się tam wydarzyło?

Mam za sobą wiele spraw sądowych, ale takiej arogancji na sali rozpraw nie widziałem. W mowie końcowej radna Zamarlik stwierdziła wprost, że jeśli ten proces wygram ja, to wygra Polska faszystowska i antysemicka. Co to miało mieć wspólnego, z naszymi działaniami w ośrodku zdrowia czy radzie miejskiej? Ponadto oświadczyła, że niczego nie żałuje. Obie panie skupiły się na tym, żeby mnie zdyskredytować w oczach sądu. Padały wulgaryzmy, których sędziowie – wyjątkowo cierpliwie – tolerowali. Również adwokaci zachowywali się niestosownie próbując wymusić na sądzie zakaz nagrywania rozprawy, podczas gdy sąd nie miał prawa mi tego zakazać. Za to zachowanie złożyłem na nich skargę do Okręgowej Rady Adwokackiej, bo w pewnym momencie rozprawy padło żądanie wobec sędziego, aby sprawdził mój telefon, bo leży tak jak by nagrywał. A przecież ja miałem zgodę sądu na nagrywanie. Zrobiła sie niepotrzebna awantura.

Pressmania: Jak Pan ocenia postawę obu radnych jako osób pełniących funkcje publiczne?

O ile rozumiem pewną niedojrzałość wynikającą z młodego wieku radnej Kubać, o tyle postępowanie radnej Zamarlik jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe – to dojrzała kobieta z tytułem doktora. Wśród nieprawdziwych zarzutów, jakie padły pod moim adresem na rozprawie, było stwierdzenie, że jestem osobą bezrobotną. Nigdy nią nie byłem, nigdy nie byłem na zasiłku ani nie korzystałem z opieki społecznej. To, że nie pobieram wynagrodzenia za prowadzenie Stowarzyszenia Otwarta Wieliczka i nie sięgam po publiczne dotacje, to mój świadomy wybór – póki co stać mnie na to, żeby niezależnie działać społecznie. Dla niej widocznie jest to niezrozumiałe. Dla porównania, Pani Monika Zamarlik od kiedy została radną w 2024 z list Koalicji Obywatelskiej, weszła do rady nadzorczej spółki Powiatowy Park Rozwoju, za co dostała pieniądze. Ta spółka jest kontrolowana przez jej środowisko polityczne, a obecnie praktycznie nic nie robi dla mieszkańców. Według rejestru sądowego, spółka jest w likwidacji, a Radna Zamalik nadal figuruje w radzie nadzorczej. Ja działam inaczej. Po prostu wierzę, że dobro wraca, ale i karma wraca.

Pressmania: Czy ta sprawa wpłynęła na Pana relacje z innymi radnymi zasiadającymi w radzie społecznej?

Są w radzie osoby, które pewnie mnie nie darzą szczególną sympatią – choćby radne Małgorzata Krasoń i Elżbieta Sikora. Ale uczciwie powiem: obie sumiennie przychodziły na posiedzenia i publicznie mnie nie oczerniały. To jest minimum przyzwoitości, którego od każdego radnego można oczekiwać. Szczególnie wymowne jest to, że obie oskarżone radne miały najniższą frekwencję na posiedzeniach rady społecznej, a w internecie miały najwięcej do powiedzenia. Ostatecznie zrezygnowałem z funkcji w radzie społecznej, bo miałem dość sporów.

Pressmania: Czy to już koniec sądowych historii z Pana strony?

Mam za sobą wiele spraw sądowych i niestety pewnie będą następne, ale może dzięki temu wyrokowi będzie ich mniej. Niedawno wytoczyłem proces innemu radnemu za nieprawdziwe słowa pod moim adresem – tam adwokat doradził mu ugodę i sprawa zakończyła się szybko. W tej sprawie z radnymi KO słowa wypowiedziane pod moim adresem na sali sądowej mogłyby być podstawą do kolejnego powództwa o naruszenie dóbr osobistych – padło tam wiele obraźliwych sformułowań. Na marginesie, w Sądzie Okręgowym tą sprawą zajmowało się łącznie siedmiu sędziów, bo radne składały wnioski o wyłączenie kolejnych sędziów, co jest też smutnym dowodem kryzysu w sądownictwie.

Pressmania: Wiele osób boi się angażować w politykę właśnie ze względu na ataki słowne. Jak Pan sobie z tym radzi?

Jestem odporny na krytykę i sam często ostro krytykuję innych – bo złe działanie zasługuje na krytykę. Ale nigdy nie zmyślam i nie kłamię, żeby kogoś oczernić dla walki politycznej. To jest granica, której nie przekraczam. Działam niezależnie i konsekwentnie w interesie przejrzystości i gospodarności, co nie podoba się różnym układom politycznym. Wcześniej byłem już posądzany o działanie dla służb specjalnych, o to że Kopalnia Soli mi płaci, a ostatnio że zażądałem łapówki od dewelopera. To wszystko bzdury, ukierunkowane wyłącznie na to, żeby mnie wyeliminować. Może takie wyroki poprawią jakość debaty publicznej i więcej niezależnych i uczciwych osób odważy się zaangażować w życie społeczne? Bo bez tego niewiele się zmieni w Wieliczce jak i całej Polsce.

Pressmania: Co chciałby Pan powiedzieć na koniec?

Cieszę się, że wygrała prawda a nie polityka, bo przy roszadach z sędziami miałem wiele obaw. Dobrym posunięciem było wystąpienie o tryb jawny, dzięki cemu mogłem nagłaśniać proces przed opinią publiczną, co zmniejsza ryzyko politycznego wyroku. Ciesze się tym bardziej, bo byłem sam-bez adwokata, a oprócz dwojga radnych, miałem przeciwko sobie jeszcze ich troje adwokatów. Dziś oni wszyscy przegrali z jednym Panem Bartkiem.

Jestem zwolennikiem wolności słowa, ale wolność słowa to nie bezkarność. W dobie internetu pomówienie potrafi wyrządzić więcej krzywdy niż fizyczny cios. Obiecałem, że ten proces będzie jawny – i był. Udowodniłem ponad wszelką wątpliwość, że radne posługiwały się nieprawdą. Żałuję przede wszystkim zmarnowanego czasu – swojego i radnych. Wolałbym spierać się o plany zagospodarowania przestrzennego Wieliczki albo ochronę rzek, a nie odpierać fałszywe zarzuty w sądzie. Mam nadzieję, że radne KO wykonaja wyrok,  przeproszą publicznie i nie będą mnie oczerniać w przyszłości. Dziękuję redakcji za zainteresowanie tematem i obecność na rozprawie.

Pressmania: dziękujemy.

Bałtycki hazard. Czy Rosja uderzy w polskie porty? Połączmy kropki.

Coś się dzieje na Bałtyku. Nie chodzi o jedną wiadomość, jeden incydent ani jedną deklarację polityka. Chodzi o to, że jeśli połączymy ze sobą wydarzenia z ostatnich tygodni, obraz, który się wyłania trudno zbagatelizować.

10 marca 2026 roku Polska wprowadza strefę EP R130 – nowe, szczelniejsze ograniczenia przestrzeni powietrznej, oficjalnie będące kontynuacją wcześniejszych obostrzeń. Dwa tygodnie później ukraińskie drony po raz pierwszy od czterech lat skutecznie paraliżują rosyjskie porty na Bałtyku – Ust-Ługa i Primorsk zostają trafione. Zbieg okoliczności? Może. Ale wyczyszczenie cywilnego nieba to jednocześnie idealna zasłona dla rajdów dronów lecących wzdłuż krawędzi przestrzeni powietrznej NATO. Ukraiński dron, który uderzył w komin elektrowni Auvere w Estonii, sugeruje, że ta krawędź była nie tylko blisko – mogła zostać przekroczona.

Kreml nie czekał długo z interpretacją. Rosyjscy politycy oficjalnie oskarżyli Polskę o współudział w atakach. Dla Moskwy to nie jest już kwestia domysłów – Polska w ich narracji przestała być krajem neutralnym. A to daje Putinowi gotowy pretekst do „symetrycznej odpowiedzi”, która brzmi groźnie tym bardziej, że cele są oczywiste. Zwłaszcza, ze Polska nie potępiła ataków na porty na Bałtyku, mimo, że to ataki na infrastrukturę cywilną i pogłębianie globalnego kryzysu naftowego.

Rosja nie musi uderzyć w Warszawę. Wystarczą dwa punkty. Naftoport w Gdańsku, przez który płynie dziś niemal cała ropa dla polskich rafinerii. I gazoport w Świnoujściu, odpowiadający za około połowę krajowego zapotrzebowania na gaz. Atak na oba obiekty oznaczałby energetyczny nokaut w ciągu dosłownie kilkudziesięciu godzin. Polska gospodarka wpadłaby w głęboki kryzys – nie metaforycznie, ale fizycznie. Brak dostaw ropy to przestoje na rafineriach, wysokie ceny i ograniczenia sprzedaży benzyny i oleju napędowego. Niedobory gazu to przestoje w przemyśle i elektrowniach.

To efekt rzekomej „dywersyfikacji” źródeł dostaw przez ostatnie dwie dekady. Odchodzenie od własnych surowców – głównie węgla na rzecz importu gazu z egzotycznych krajów (Katar, USA) i ropy z Arabii Saudyjskiej, żeby zrobić na złość Rosji, na której surowce ostatecznie i tak możemy być skazani.

Tu pojawia się pytanie, które boli najbardziej: czy ktoś w Warszawie naprawdę to kalkuluje? Bo Polska 2026 roku to kraj z rosnącym długiem, chaosem administracyjnym i sądowym, trudną do ukrycia sytuacją z NFZ i rządem, który ma polityczne powody, żeby uwagę opinii publicznej skierować gdzieś indziej. Nie ma wdzięczniejszego scenariusza dla władzy w tarapatach niż zewnętrzne zagrożenie, które tłumaczy wszystko – podwyżki cen, braki paliwa, konieczność ograniczenia swobód obywatelskich. Narracja „wina Putina” to polityczny reset, który przykrywa krajowe problemy i ucisza opozycję pod parasolem stanu wyjątkowego.

A USA? Z Białego Domu idą głosy bez owijania w bawełnę: jeśli Polska zostanie zaatakowana, „możemy porozmawiać, czy mamy czas, żeby pomóc”. Poniżej dokładny cytat Marco Rubio:

„Jeśli Europa nie pozwoli nam wykorzystać baz, które obsadzamy i finansujemy, do ich obrony, kiedy będziemy ich potrzebować, powinniśmy je zamknąć i wycofać nasze wojska z Europy. Jeśli zostaną zaatakowani przez Rosję, możemy porozmawiać, czy mamy czas, żeby im pomóc.”

Przekład z dyplomatycznego na ludzki jest brutalny – skoro nie pomogliście nam bronić Zatoki Perskiej, w której też macie interes, my nie będziemy się spieszyć bronić waszej Zatoki Bałtyckiej. Amerykanie będą mogli dalej sprzedawać swój skroplony gaz – tyle że już nie bezpośrednio do Świnoujścia, lecz przez niemieckie terminale. Z dodatkową marżą dla Berlina, który przy okazji umocni swoją pozycję energetycznego pośrednika w regionie. Dla największego sojusznika Tuska – całkiem niezły układ.

Do tego obrazka trzeba dołożyć jeszcze jeden element – samą Ukrainę. Kraj pogrążony w wojnie od czterech lat, wykrwawiony demograficznie i gospodarczo, coraz bardziej desperacki w szukaniu sposobów na zmianę układu sił. Ataki na rosyjskie porty bałtyckie to nie przypadkowa eskalacja – to próba wciągnięcia NATO, a konkretnie Polski, w bezpośrednią konfrontację z Rosją. Ukraina ma w tym oczywisty interes. Polska niekoniecznie.

Dodajmy, że Rosja może skopiować pomysł Iranu na wojnę z Izraelem i USA. Iran zamiast atakować Izrael, atakuje sojuszników Izraela – bazy USA oraz instalacje naftowe w państwach Zatoki Perskiej – Arabię Saudyjską, Kuwet, Bahrajn czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Rosja, podobnie jak Iran, może uzyskać większe efekty atakując i paraliżując sojusznika.

Tymczasem Waszyngton wyraźnie zmienia kurs. Trump nie ukrywa, że woli rozmawiać z Putinem niż prowadzić wojnę przez pełnomocnika. Stany Zjednoczone swoje cele w dużej mierze już osiągnęły – wynegocjowane porozumienie dające USA udział w przychodach z ukraińskich złóż surowców naturalnych to konkretny, wymierny zysk z lat wsparcia. Dalsze zaangażowanie militarne przestaje się Amerykanom opłacać. Ukraina może być stopniowo pozostawiana samej sobie – i szukać ostatniego dźwigni nacisku tam, gdzie jeszcze może, czyli właśnie na Bałtyku. Na Ukrainie społeczeństwo ma już dość wojny, a zwłaszcza łapanek przez wojskowych i wysyłaniu nieprzygotowanych, chorych mężczyzn na front jako mięso armatnie, podczas gdy elity bawią się na dyskotekach w Europie. To już nie jest wojna narodu Ukraińskiego, to jest wojna ekipy Zełeńskiego – o przetrwanie i czerpanie korzyści z władzy Bo póki jest wojna, to nie ma wyborów.

Do tego dochodzi jeszcze jeden element, o którym Polska woli nie mówić głośno. Nord Stream 2 został wysadzony w 2022 roku. Rosja wskazuje na Polskę jako współsprawcę – według tej wersji to z polskiego wybrzeża startowali nurkowie. Czy Polska miała w tym udział? Biorąc pod uwagę, że od początku wojny Polska jest jednym z najbardziej zaangażowanych zaplecz Ukrainy – lotnisko w Rzeszowie służy jako główny węzeł przerzutu broni i pomocy wojskowej – ta wersja nie jest dla nikogo abstrakcją. Dla świata liczą się fakty, a fakty są proste: rurociąg wyleciał w powietrze, Polska aktywnie wspiera Ukrainę, a teraz ukraińskie drony paraliżują rosyjskie porty bałtyckie.

Nikt nie będzie czekał na wyniki śledztwa. W oczach Kremla – i nie tylko Kremla – obrazek jest już zamknięty. Ewentualny rosyjski odwet na polską infrastrukturę energetyczną miałby w tej narracji żelazne uzasadnienie. Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

Polska w tym scenariuszu jest wygodnym narzędziem – wystarczająco zaangażowanym, żeby ponosić konsekwencje, i wystarczająco małym, żeby nikt się za nią specjalnie nie wstawiał.

Na tym tle zachowanie części polskich polityków jest szkodliwe do bólu. Kiedy Stany Zjednoczone rozmawiają z Moskwą, Turcja od lat prowadzi z Rosją interesy ignorując sankcje, Węgry blokują unijne decyzje wymierzone w Kreml, a Słowacja otwarcie kwestionuje sens dalszego wsparcia dla Ukrainy – polska klasa polityczna wciąż straszy Putinem jak mantrą. Nie jako element realnej strategii obronnej, lecz jako narzędzie do mobilizowania elektoratu i zagłuszania krajowych problemów.

Wszyscy dookoła – włącznie z naszymi formalnymi sojusznikami – dogadują się z Rosją, robią interesy, szukają wyjść. Ponad naszymi głowami, bez pytania nas o zdanie. A Polska tkwi w narracji z 2022 roku, jakby czas się zatrzymał, i wystawia się na ryzyko, którego nikt inny już nie chce ponosić.

To nie jest polityka. To frajerstwo.

Pytanie, które po tym wszystkim pozostaje, jest proste i nieprzyjemne: czy polskie władze świadomie grają w grę, w której stawką jest nasze bezpieczeństwo energetyczne, a nagrodą – przetrwanie polityczne przy władzy? Dane mówią to, co mówią. Resztę oceń sam.

O Gazoporcie w Świnoujściu jako potencjalnym celu pisałem już w 2022 roku:

O głupiej kontynuacji wojny na Ukrainie w kontekście dostaw paliw również pisałem w 2022 roku:

Dyplomy zamiast dzieci. System niszczy demografię.

Na obradach Małopolskiego Sejmiku 30 marca 2026 odbyła się burzliwa dyskusja dotycząca rodziny i dzietności. Przewodniczący Sejmiku prof. Jan Tadeusz Duda stwierdził, ze słowo „rodzina” jest niemile widziane przez Komisje Europejską i samorząd sejmiku musiał się wycofać z karty praw rodziny, bo komisja groziła wstrzymaniem funduszy. Padło też wiele różnych argumentów dotyczących dzietności i zakładania rodziny, ale nie najważniejsze.

Na wstępie, przestańmy się oszukiwać, że młodzi obecnie mają za trudno, żeby założyć rodzinę. Dostępność mieszkań jest dużo większa niż 40 lat temu, bezrobocie minimalne. 40 lat temu nie było tez 800+ i wielu przywilejów dla rodziców.

W 1983 roku wskaźnik dzietności w Polsce wynosił ok. 2,3 – kobieta rodziła średnio ponad dwoje dzieci. W 2025 roku spadł do ok. 1,1. Jesteśmy w ścisłej czołówce najniższej dzietności na świecie.

Co się zmieniło? W 1983 roku tylko kilka procent Polaków miało wyższe wykształcenie. Dziś – ponad 45%. A przecież dzisiaj dostęp do wiedzy jest na wyciągnięcie palca: każdy za darmo może oglądać wykłady z najlepszych uczelni świata, uczyć się języków, zdobywać praktyczne umiejętności. W karierze liczy się doświadczenie i odpowiedzialność, nie tylko papierek. Poświęcone 5 lat na dyplom to biologicznie czas, który powinien być przeznaczony na założenie rodziny i budowanie domowego ogniska. Na naukę nigdy nie jest za późno – na rodzinę niestety tak.

Do tego urzędy same tworzą dogmat konieczności studiów, wymagając wyższego wykształcenia na stanowiska urzędnicze. To lobby akademickie i lewicowe podejście na uczelniach windują cenę dyplomu, choć merytorycznie często jest on niewiele wart.

Mamy też kryzys męskości. W 1983 roku przeszkolonych wojskowo mężczyzn były miliony (pobór powszechny). Dziś – brak poboru, wyszkolenie zanika. Mniej zahartowanych, zdyscyplinowanych i odpowiedzialnych mężczyzn, a więcej pełnoletnich maminsynków, którzy nie potrafią obsłużyć wiertarki czy zabić kury na rosół.

Rząd traktuje osoby do 26. roku życia jak dzieci – ulga podatkowa, ubezpieczenie, ale bez wymagania dorosłości. Efekt? Przedłużone dzieciństwo, bez odpowiedzialności za założenie rodziny.

System emerytalny promuje karierę. Dobre jest zestawienie dwóch kandydatów na prezydentów w wyborach 2025. Prof. Joanna Senyszyn chwali się bezdzietnością, ma emeryturę ok. 13 tys. zł, ma kilka mieszkań i milionowy majątek. Matka Marka Wocha – wychowała szóstkę dzieci – dostaje najniższą emeryturę, bo nie pracowała etatowo. Ale to jej dzieci pracują na emeryturę Pani Profesor. System karze rodzicielstwo. Młoda kobieta to widzi i myśli: wolę karierę i majątek – niech inni wychowują dzieci, które będą na mnie pracować.

Media podnoszą poprzeczkę: piękne kobiety i bogaci mężczyźni jako wzór. Efekt? Wygórowane oczekiwania, szukanie ideału, samotność. Do tego depresja i wizyty u psychologów biją rekordy. Samotność kwitnie, dziadkowie są odcięci od wnuków, bo te się nie rodzą, albo są daleko. Do tego młode matki co do wychowania dzieci bardziej ufają medialnym psycholożkom i infuencerkom, niż swoim matkom.

A tryb życia? Praca przy biurku, brak ruchu, stres, przetworzona żywność. To nie jest życie w zgodzie z naturą. Skutek? Problemy zdrowotne, spadek libido, niższa płodność.

Do tego konieczność bezstresowego wychowania dzieci. Dziś przemoc domowa to nie tylko przemoc fizyczna, ale przemoc psychiczną i ekonomiczną. Lawinowo rośnie liczba „niebieskich kart”. Dziecko może zgłosić przemoc rodzica za to, że odcięto mu internet albo nie daje pieniędzy na gry komputerowe. To rozbija rodziny.  W szkołach i przedszkolach nauczycielowi nie wolno użyć słowa kara. Nie wolno dziecka odesłać do kąta. Młode „europejskie” pokolenie nie tylko jest nieliczne, ale i słabe.

I oczywiście, to jest kierunek, który nadaje nam Unia Europejska. Pierwotnie tworzona jako Europejska Wspólnota Węgla i Stali, a dziś, Europejska Głupota Klimatyzmu i Genderyzmu.

Odeszliśmy od konserwatyzmu i wiary. A na świecie najwyższą dzietność mają kraje muzułmańskie – często 3-4 dzieci na kobietę. Ta kultura rośnie w siłę. Nie łudźmy się: złudne prawa kobiet w cywilizowanym świecie nie przetrwają, jeśli nie będziemy rodzić. Zamiast chrześcijańskiego konserwatyzmu w Europie może przyjść szariat, gdzie kobieta jest poddanym męża, może być bita i nie może się uczyć. To nie straszenie – to trend demograficzny i najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Należy skończyć z dogmatem studiów i dyplomów, ale politycy nie mają odwagi o tym mówić. Jeśli chcemy dbać o demografię, to nie oszukujmy się. Wiek 20-25 lat to biologiczny czas na zakładanie rodzin, a na naukę nigdy nie jest za późno. Dziś wiedza jest na wyciągniecie palca w telefonie.

Czy NSA uchyli kominkowy absurd? Kasacja złożona

foto z WSA Kraków: Bartłomiej Krzych oraz Wojciech Perek – Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kominki i Piece

Wyobraź sobie, że puka do twoich drzwi strażnik miejski. Chce sprawdzić, czy twój kominek spełnia normy uchwały antysmogowej. Czy ma do tego prawo? I czy sama uchwała jest zgodna z prawem?

To nie jest scenariusz z dystopijnej powieści. To rzeczywistość mieszkańców Małopolski od 2017 roku. I właśnie trafiła ona przed Naczelny Sąd Administracyjny. Skarga kasacyjna od wyroku WSA w Krakowie o sygn II SA/Kr 1432/25 została złożona – przy współpracy z krakowską Fundacją Wolność i Własność.


Jedno słowo, wielkie zamieszanie

W 2017 roku Sejmik Województwa Małopolskiego zakazał palenia drewnem i węglem w domowych kominkach i piecach bez certyfikatu. W Krakowie kominków zakazano całkowicie. Zakaz w Krakowie wszedł w życie w 2019 roku, a w Małopolsce w 2024.

Cel był szczytny – Małopolska bez smogu. Ale nawet szczytny cel, musi być osiągany zgodnie z prawem, bo w demokratycznym państwie prawa cel nie uświęca środków. Spór dotyczy jednego słowa, które uchwała wielokrotnie powtarza: instalacja.

Ustawa Prawo ochrony środowiska pozwala sejmikowi wprowadzać ograniczenia wyłącznie w zakresie eksploatacji instalacji. I tu zaczyna się problem, bo ta sama ustawa definiuje też zakład – jako teren, na którym znajduje się instalacja.

Wniosek jest prosty jak drut: jeśli kominek jest instalacją, to dom z kominkiem jest zakładem – absurd wynikający wprost z przepisów.

Co więcej, ta sama ustawa mówi wyraźnie w art. 4, że powszechne korzystanie ze środowiska – czyli m.in. ogrzewanie domu – przysługuje każdemu i odbywa się bez użycia instalacji, w celu zaspokojenia potrzeb osobistych i gospodarstwa domowego. Ustawodawca sam zatem założył, że domowe ogrzewanie to nie jest eksploatacja instalacji. Gdyby było inaczej, ustawa byłaby wewnętrznie sprzeczna.


Co mówią inne ustawy?

W całym polskim systemie prawnym kominek nigdy nie jest nazywany instalacją. W ustawie o dodatku węglowym, w ustawie o termomodernizacji, w rozporządzeniu budowlanym – wszędzie figuruje jako źródło ciepła lub urządzenie ogrzewcze. Co więcej, ustawa o monitorowaniu jakości paliw wyraźnie rozróżnia dwie odrębne kategorie: gospodarstwa domowe oraz instalacje spalania poniżej 1 MW – jakby sam ustawodawca chciał powiedzieć: to nie jest to samo.


Grillujący paradoks

Najlepszym dowodem na absurd sytuacji jest grill ogrodowy. Sejmik Małopolski sam przyznał oficjalnie, że przenośny grill nie podlega uchwale, bo nie jest stacjonarny. Za to murowany – już tak. Wynika to z definicji instalacji w prawie ochrony środowiska – stacjonarne urządzenie techniczne powodujące emisję. Jeśli urządzenie jest przenośne, to nie jest stacjonarne, a więc nie jest instalacją i nie można go zakazać.

Oznacza to: możesz przez całe lato palić drewnem w przenośnym grillu i nikt ci nic nie powie. Ale raz w tygodniu rozpalony kominek wbudowany w ścianę – to już wykroczenie. Ta sama emisja, to samo drewno. Różnica? Nóżki.


Kto w ogóle może kontrolować twój kominek?

Tu rzecz najważniejsza, o której mówi się najmniej. Ustawa ściśle i wyczerpująco określa, w jakich sprawach wójt/burmistrz/prezydent może kontrolować osoby fizyczne niebędące przedsiębiorcami. Kontrola domowych urządzeń grzewczych nie mieści się w tym katalogu. Straż miejska, która puka do twoich drzwi żeby sprawdzić certyfikat kominka, działa zatem bez podstawy prawnej – bo sama uchwała nie może nadać organowi kompetencji, których nie przyznała mu ustawa.


Co dalej przed NSA?

WSA w Krakowie oddalił skargę, ale w sposób znamienny: nie obalił kluczowego argumentu o absurdzie definicji zakładu – po prostu go zignorował. Sprawa trafia teraz do NSA.

NSA musi odpowiedzieć na pytanie, którego WSA unikał: czy domowy kominek jest instalacją? Jeśli będzie orzekał zgodnie z zasadami prawidłowej wykładni prawa – a nie „chciejstwem politycznym” – odpowiedź jest oczywista – uchwała jest nieważna.

Ewentualne orzeczenie NSA uchylające zakaz kominków nie byłoby „wyrokiem antyekologicznym”. Byłoby sygnałem dla ustawodawcy: chcesz regulować domowe paleniska – napisz w ustawie „źródła ciepła”, nie „instalacje”. Ale to zadanie dla Sejmu. Nie dla sądów.

#kominek #smog #drewno #piec #krakow #prawo #wieliczka

Blokada S7 przez Miszalskiego to kolejny powód do referendum

Wraca temat S7 na odcinku Kraków-Myślenice. Po tym, jak w lutym 2026 r. minister infrastruktury Dariusz Klimczak wrzucił do kosza wszystkie sześć wariantów przygotowanych przez krakowski oddział GDDKiA, sprawa znowu nabrała rozpędu. Zawiedziona jest większość mieszkańców Wieliczki, bo to oznacza, że Wariant Wschodni z Węzła Bieżanów znów może wrócić na stół. Trasie S7 przez południe Krakowa sprzeciwia się Prezydent Krakowa, mimo że większość Krakusów, zmęczona korkami, chciałaby kontynuację S7 jak najprędzej.

Z najnowszych informacji, które pojawiły się m.in. na antenie Radia Kraków, wynika jasno: Kraków po prostu bojkotuje konsultacje z drogowcami. Władze miasta nie chcą nawet siadać do stołu z GDDKiA i otwarcie mówią, że „to byłaby druga Zakopianka”. Można to odczytać jako klasyczne „obrażenie się” na Generalną Dyrekcję – miasto nie zgadza się na żaden z zaproponowanych przebiegów i stawia twarde weto.A przypomnijmy fakty, które GDDKiA przedstawiła jeszcze w listopadzie 2025 r. Spośród sześciu wariantów (A–F) to właśnie wariant E (Tuchowska → Głogoczów → dalej śladem istniejącej DK7 przez Myślenice) był najtańszy – ok. 2 mld zł – i przewidywał najmniej wyburzeń (zaledwie ok. 170 nieruchomości). Był to wariant „oszczędnościowy”, maksymalnie wykorzystujący istniejącą infrastrukturę, z najmniejszą ingerencją w prywatne domy i grunty.

Kraków jednak mówi „nie” wszystkim wariantom A–F. Prezydent Aleksander Miszalski i jego ekipa konsekwentnie blokują jakiekolwiek rozwiązanie, które choć trochę dotyka południowych dzielnic miasta. Zamiast tego optują za… wariantami wschodnimi lub zachodnimi (typu Niepołomice albo Morawica/Skawina). Tyle że te warianty GDDKiA już dawno odrzuciła jako całkowicie bezsensowne – są znacznie droższe, dłuższe, gorzej odciążają Zakopiankę i mają minimalny wpływ na ruch tranzytowy (według analiz korzystałoby z nich raptem ok. 10% kierowców z kierunku Tarnowa/Rzeszowa). To nie jest kompromis. To klasyczna blokada. Miszalski stoi na czele protestów, maszeruje ramię w ramię z przeciwnikami drogi i deklaruje „nie było, nie ma i nie będzie zgody Krakowa na poprowadzenie S7 przez południe miasta”. Efekt? Proces planistyczny cofnięty o kilka lat, centrala GDDKiA przejęła sprawę z rąk oddziału w Krakowie, a mieszkańcy Podhala, Myślenic i tysiące kierowców codziennie tkwią w korkach na starej Zakopiance.W tej sytuacji blokada S7 przez Miszalskiego to nie tylko hamowanie kluczowej inwestycji dla całego regionu. To kolejny, bardzo mocny powód, dla którego Kraków potrzebuje referendum. Bo jeśli prezydent potrafi zablokować najtańszy i najmniej inwazyjny wariant drogi, którą czekamy od dekad – to znaczy, że czas, by mieszkańcy sami powiedzieli „dość”.

Co więcej, blokada S7 przez Miszalskiego może się okazać kluczowa także dla jego własnej przyszłości. W marcu 2026 inicjatorzy referendum odwoławczego złożyli do komisarza wyborczego ponad 130 tysięcy podpisów – ponad dwa razy więcej niż wymagane minimum. Głosowanie może odbyć się już na przełomie maja i czerwca 2026. Aby referendum było ważne, musi w nim wziąć udział ok 180 tysięcy krakowian.

To referendum będzie ciekawym sondażem, który jasno pokaże, na ile mieszkańcy południa Krakowa są solidarni z prezydentem Miszalskim w zamian za jego twardą blokadę S7. Jeśli właśnie te dzielnice, które najmocniej protestują przeciwko drodze i blokują również najmniej inwazyjny i najtańszy wariant, zdecydują się na masowy bojkot głosowania – frekwencja może nie dojść do progu i Miszalski przetrwa kadencję. Patrząc jednak pragmatycznie, jest to ruch, który politycznie się nie opłaca – siła mieszkańców południa Krakowa zbyt mała aby przeważyć zdecydowaną większość Krakusów, którzy chcieliby pojechać w góry bez korków. Zasadnicze jest jednak pytanie – czy Prezydent Miszalski faktycznie jest tak nierozsądny politycznie, że broni relatywnie małej grupki mieszkańców? Czy może, jak niosą plotki, broni biznesmenów, którzy zainwestowali w tereny na Południu Krakowa, które przez S7 mogą stracić na wartości? To drugie wydaje się bardziej „rozsądne” i „opłacalne”, choć nie wiemy, na ile prawdziwe.

Blokada S7 dodatkowo wpisuje się w „antysamochodową” łatkę, którą ma Prezydent Miszalski. Po wprowadzeniu Strefy Czystego Transportu i zwiększeniu opłat parkingowych, co rozwścieczyło mieszkańców i zachęciło do akcji referendalnej, teraz dochodzi jeszcze utrudnianie budowy trasy S7 Kraków- Myślenice.

#S7 #Kraków #Myślenice #Wieliczka #referendum #referendumkrk

Wieliczka oddała hołd ofiarom wojny w Iranie.

Podczas obrad 18 marca 2026 r. Radni Wieliczki uczcili minutą ciszy ofiary wojny na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza tragedii w irańskiej szkole w mieście Minab, w której zginęło 170 dziewczynek.

Poniżej treść przemówienia Radnego Bartłomieja Krzycha przed minutą ciszy.

„Szanowni Państwo, zwykle mówimy tu o lokalnych sprawach mieszkańców, bo taka jest rola samorządu, ale jako Wieliczka – zabytkowe miasto UNESCO, goszczące ludzi różnych kultur, powinniśmy też patrzeć na świat i dbać o pokój, który jest fundamentem turystyki.

Wszyscy słyszeli o wojnie w Iranie, ale nie wszyscy wiedzą o tragedii dokonanej, niestety, przez naszych sojuszników. 28 lutego, atak rakietowy z zaskoczenia, w pierwszej godzinie wojny zniszczył szkołę w mieście Minab. Zginęło 170 niewinnych dziewczynek. To tak, jakby nagle zniknęła nasza szkoła w Grabiu, Sygneczowie czy Janowicach, wraz ze wszystkimi uczniami. Żadna wojna z reżimem nie usprawiedliwia zabijania dzieci. Zamiast wyzwolenia kobiet, zrobiono masakrę dziewczynek.

Nie podejmowałbym tego tematu, gdyby tragedia ta nie była lekceważona przez nasze władze rządowe i media. Jako Polacy też byliśmy ofiarami wojny. Wtedy, ponad sto tysięcy Polaków, w tym tysiące sierot zostało życzliwie przyjętych przez Irański Naród. Dbają o polskie cmentarze. Dlatego zasługują na naszą uwagę.

Jako reprezentanci Wieliczki, historycznego solnego miasta w sercu Europy, stańmy w obronie humanitaryzmu i pokoju. Jeśli Pani Przewodnicząca nie ma nic przeciwko, powstańmy i uczcijmy minutą ciszy ofiary tej tragedii w szkole w Minab oraz wszystkich cywilów ginących na Bliskim Wschodzie.”

Po tych słowach, za zgodą Przewodniczącej Rady, wszyscy obecni na Sali obrad (ok 50 osób) powstali w milczeniu.

Tu nagranie:

Dniu 19 marca wystosowane zostały też kondolencje do Ambasady Iranu w Polsce z informacją o oddaniu hołdu ofiarom wojny w Iranie przez Radę Miejską w Wieliczce.

Inicjatywa ta jest efektem wypowiedzi nieodpowiedzialnej wypowiedzi wiceministra Ministerstwa Spraw Zagranicznych Władysława Bartoszewskiego o tym, że dziewczynki zostały zabite irańską rakietą. Stało się to 10 marca w wywiadzie dla Radia Zet. MSZ tych słów nigdy nie sprostował.

https://www.rp.pl/polityka/art43940131-wladyslaw-bartoszewski-twierdzi-ze-to-iran-zbombardowal-szkole-w-iranie-takie-mamy-informacje

Poniżej informacja o ataku rakietowym na szkołę w Minab:

https://www.pap.pl/aktualnosci/sledztwo-pentagonu-ustalilo-ze-amerykanska-rakieta-uderzyla-w-szkole-w-minabie

#iran #usa #izrael #wojna #minab #szkoła #dzieci

Masakra irańskich dziewczynek w Minab to najgorsza zbrodnia Zachodu w XXI wieku

Jednym z głównych argumentów uzasadniających presję i ataki na reżim w Teheranie była walka o wolność i prawa kobiet. Świat zachodni, stawiając się w roli moralnego arbitra, obiecywał Irankom wyzwolenie. Tymczasem „wyzwolenie” przyszło 28 lutego 2026 roku pod postacią rakiety Tomahawk. Skończyło się to najkrwawszą zbrodnią wojenną Zachodu w XXI wieku – brutalnym przerwaniem życia 168 dziewczynek w szkole Shajareh Tayyebeh w Minabie.

Kto wskazał cel?

Śledztwo Pentagonu przyznaje, że doszło do „katastrofalnego błędu wywiadowczego”. Dziś trudno jednoznacznie ocenić, czy to USA same ustaliły ten cel, czy to Izrael podał Amerykanom te współrzędne, wskazując szkołę jako rzekome centrum dowodzenia Strażników Rewolucji. Dziewczynki zostały zabite w pierwszej godzinie wojny. Ataki rakietowe Izraela i USA na Iran rozpoczęły się 28 lutego 2026 ok godzi. 10:00 lokalnego czasu. Szkoła została zniszczona ok. godz. 10:45.

USA i Izrael dokonały agresji na Iran w biały dzień, z zaskoczenia. Władze Iranu nie mogły nawet skutecznie ostrzec ludności, bo zbrodnia w Minab została dokonana z zaskoczenia, kiedy trwały jeszcze negocjacje pokojowe, w których Iran szedł na daleko idące ustępstwa co do wzbogacania uranu. To sprawia, że ten atak jest jeszcze bardziej przerażający – uderzono w bezbronne dzieci w momencie, gdy świat wciąż liczył na dyplomację.

Szkoła od lat wyraźnie widniała w Google Maps i każdy mógł z łatwością zweryfikować przeznaczenie tego budynku.

https://maps.app.goo.gl/poxVNYF5rZfGLRRa9

Historyczna zbrodnia

Gdy patrzymy na czarną kronikę działań zbrojnych mocarstw w tym stuleciu, uderza jeden fakt: skala okrucieństwa w Minabie jest bezprecedensowa. Choć Zachód ma na sumieniu wiele tragicznych „błędów”, żadne z tych wydarzeń nie ma tak potwornej charakterystyki jak to, co stało się w Iranie. Kilka przykładów poniżej.

  • Mosul (2017) i Rakka (2017): Tam ginęły tysiące, ale była to rzeź rozłożona na miesiące oblężenia, w chaosie walk ulicznych i miejskiej partyzantki. W Minabie nie było walki – było tylko precyzyjne uderzenie w statyczny, cywilny cel.
  • Azizabad (2008) czy wesela w Afganistanie: W tych nalotach ginęło jednorazowo od 60 do 90 osób. To straszne liczby, ale Minab niemal podwaja tę stawkę w ciągu jednej, krótkiej sekundy eksplozji.
  • Szpital w Kunduzie (2015): Śmierć 42 pacjentów i lekarzy wstrząsnęła światem, ale Minab to ponad cztery razy więcej ofiar, z których niemal każda to bezbronne dziecko.

Dlaczego Minab nie ma sobie równych?

To, co czyni masakrę w Minabie najgorszą zbrodnią naszych czasów, to 90-procentowy udział młodych dziewczynek wśród ofiar. W żadnym innym ataku rakietowym Zachodu w tym wieku – od Iraku po Libię – z zaskoczenia nie zabito w kilka minut tylu dzieci naraz.

To nie była „strata uboczna” w bitwie. To była rakieta wysłana w środek lekcji. Tomahawk, symbol technologicznej dominacji, uderzył w ławki szkolne, piórniki i zeszyty. Statystyka jest tu porażająca: 175 ofiar, z czego 168 to uczennice. To nie jest błąd statystyczny – to zbrodnia na pokoleniu, które Zachód rzekomo chciał „wyzwalać”. Zbrodnia na dziewczynkach, ale również na ich siostrach, matkach, babciach, ciociach, koleżankach…

Upadek moralny i mit „precyzyjnej wojny”

Tragedia w Minabie ostatecznie grzebie mit o „humanitarnej wojnie” i „precyzyjnych uderzeniach”. Jeśli najnowocześniejsza armia świata, dysponująca nieograniczonym budżetem na wywiad i technologię, masakruje 168 dziewczynek w ich własnej szkole, to mamy do czynienia z absolutnym upadkiem moralnym.

Dziś nazwa Minab staje się symbolem największego kłamstwa XXI wieku. Zamiast praw kobiet, Zachód przyniósł im śmierć z nieba. Zamiast wolności – zbiorowy grób pod gruzami szkoły. To zbrodnia, której nie da się wymazać żadnymi przeprosinami, a milczenie świata wobec tej skali dramatu byłoby ostatecznym dowodem na hipokryzję naszej cywilizacji. To kolejny raz, kiedy Zachód pod hasłem demokracji i wolności, mając do dyspozycji rzekomo najlepsze dane wywiadowcze i technologię, przynosi śmierć najbardziej niewinnych istot.

Wyrazy współczucia dla rodzin ofiar tej niesprawiedliwej i bezsensownej wojny ;-(

Czas przywrócić samorządność u dołu. Ustawa „SOŁTYS PLUS”

Przez lata rola sołtysa czy przewodniczącego rady dzielnicy sprowadzała się głównie do funkcji reprezentacyjnej – roznoszenia nakazów podatkowych, organizowania dożynek i bycia „pośrednikiem”, który w urzędzie gminy i tak często odbijał się od ściany. Działalność gospodarcza została ograniczona biurokracją i przepisami. Pora to zmienić. Projekt ustawy „Sołtys Plus” to nie są kosmetyczne zmiany. To prawdziwa rewolucja ustrojowa, która przenosi środek ciężkości tam, gdzie tętni życie: do naszych sołectw, osiedli i dzielnic.

Sołtys to nie urzędnik, to gospodarz

Najważniejszym fundamentem tych zmian jest przywrócenie sołtysowi realnych kompetencji. Dziś sołtys często musi bezradnie patrzeć, jak biurokracja z miasta blokuje postawienie altany na wiejskim placu zabaw czy nakłada kary za „nieprzepisową” donicę.

Dzięki nowym przepisom (pkt 1 i 2), to lokalny gospodarz (czy to sołtys z radą sołecką, czy rada dzielnicy z przewodniczącym) będzie miał prawo „zamknąć pierdoły”. Jeśli społeczność chce postawić wiatę lub zorganizować festyn, sołtys ma moc, by przeciąć biurokratyczny węzeł gordyjski. To on najlepiej wie, czy dana inwestycja służy ludziom, czy im przeszkadza – nie urzędnik zza biurka oddalonego o 20 kilometrów.

Pieniądze, które zostają „u nas”

Punkt o pozostawieniu 10% podatków lokalnie (pkt 4) to absolutny game-changer. Do tej pory jednostki pomocnicze musiały prosić o każdy grosz z funduszu sołeckiego. Teraz pieniądze z naszych nieruchomości automatycznie trafią na konto naszej wspólnoty. To buduje poczucie odpowiedzialności: „Nasze podatki budują nasz chodnik”. To najlepsza lekcja samorządności, jaką możemy sobie wyobrazić.

Prawo do głosu w kluczowych sprawach

Czy to sprawiedliwe, by o zakazie palenia drewnem (pkt 3) decydowali ludzie, którzy nigdy nie mieszkali w domu jednorodzinnym? Ustawa „Sołtys Plus” daje nam prawo veta. To my, jako wspólnota sąsiedzka, będziemy decydować o tempie zmian ekologicznych czy o tym, gdzie chcemy wyznaczyć strefę rekreacyjną z możliwością wypicia piwa pod chmurką (pkt 9).

Odpowiedzialność i kontrola

Wielka władza to wielka odpowiedzialność. Przeciwnicy zmian boją się „lokalnych kacyków”, ale ustawa przewiduje na to prosty lek: skuteczne odwołanie (pkt 10). Jeśli sołtys lub przewodniczący osiedla przestanie służyć mieszkańcom, 10% głosów wystarczy, by rozpisać referendum bez progu frekwencji. To najczystsza forma demokracji: rządzisz dobrze – zostajesz, zawiodłeś – odchodzisz. Do tego w sołectwach należy zmienić strukturę władzy – zamiast zebrania wiejskiego, które w dużych sołectwach jest nierealne do przeprowadzenia, należy nadać kompetencje radzie sołeckiej – podobnie jak jest w osiedlach i dzielnicach.

Odciążenie sądów

Dziś wiele drobnych spraw ostatecznie trafia pod rozstrzygniecia sądów – czy to sądów karnych (sprawy o wykroczenia) czy sądów administracyjnych (kary, decyzje). Procesy trwają latami, a w wielu przypadkach obywatel musi bronić się przed decydentami zza biurka, którzy nie mają rozeznania sprawy lub po prostu nadużywają władzy, żeby pokazać, że coś robią. Dla jasności – ustawa SOŁTYS PLUS nie zatrzymuje drogi obywatela do sądu – zatrzymuje organy państwa przed nękaniem obywateli za drobne sprawy i obciążaniem sądów drobnymi sprawami – których w dzisiejszych, skomplikowanych czasach jest masa.

Podsumowanie: Przywróćmy podmiotowość mieszkańcom

Ustawa „Sołtys Plus” to powrót do korzeni samorządności. To wiara w to, że obywatele są dorośli, mądrzy i potrafią sami decydować o swoim najbliższym otoczeniu.

Zamiast centralnego sterowania z poziomu gminy czy wielkiego miasta, dostajemy narzędzia do budowania silnych, niezależnych i zintegrowanych społeczności. Bo nikt nie zadba o nasze osiedle lepiej niż my sami.

Poniżej przykładowe postulaty projektu SOŁTYS PLUS. W istocie dotyczy on nie tylko sołectw, ale również dzielnic miast. Postulaty są do zmiany i doprecyzowania.

  1. Ochrona mieszkańców przed nadużyciem władzy – rada sołecka lub rada dzielnicy na wniosek mieszkańca może umorzyć postępowanie o małe wykroczenia na terenie sołectwa/dzielnicy, zanim trafi do sądu.
  2. Zamykanie pierdół przez sołtysa rada sołecka lub dzielnicy kończy postępowania Sanepidu, straży miejskiej, ZDM i PINB w sprawach huśtawek, donic, festynów, małych obiektów. Zero odwołania.
  3. SCT i zakaz palenia drewnem Wprowadzenie strefy czystego transportu, zakazu palenia drewnem/węglem i podobnych ograniczeń wymaga wyraźnej, pozytywnej opinii rady sołeckiej / osiedlowej / dzielnicowej. Brak zgody = nie wchodzi.
  4. 10% podatków zostaje lokalnie 10% wpływów z podatku od nieruchomości, rolnego i leśnego z terenu jednostki pomocniczej idzie automatycznie i w całości na jej konto. Gmina traci i nie dostaje żadnego wyrównania.
  5. Palenie liści Sołtys / rada sołecka może znieść zakaz palenia liści i gałęzi w okresie jesiennym w dni robocze.
  6. Odstrzał dzików Sołtys / rada sołecka może zmniejszyć odległość polowania na dziki do 50 m od zabudowań na okres od 1 października do 31 marca.
  7. Skarga do sądu administracyjnego Sołtys / rada sołecka / osiedlowa / dzielnicowa może zaskarżyć do WSA każdy MPZP, studium, decyzję o warunkach zabudowy i inne akty prawa miejscowego dotyczące swojego terenu – bez wykazywania interesu prawnego.
  8. Festyny sołtysa – 4 razy w roku Do 4 razy w roku impreza sołtysa / rady sołeckiej: nie jest masowa, nie wymaga zezwoleń, nie obowiązuje cisza nocna, loterie fantowe i koło fortuny całkowicie poza ustawą o grach hazardowych.
  9. Strefa picia alkoholu Sołtys / rada sołecka może wyznaczyć teren, gdzie picie alkoholu w miejscach publicznych jest dozwolone. Wchodzi w życie po 30 dniach, chyba że rada gminy/miasta wniesie sprzeciw.
  10. Odwołanie sołtysa Sołtysa/przewodniczącego dzielnicy można odwołać w każdej chwili na wniosek 10% mieszkańców albo zwykłą uchwałą większości rady sołeckiej/osiedlowej. Referendum w 30 dni, bez progu frekwencji.

Skromny matematyk z Polski rozwiązał odwieczną zagadkę

źródło: www.pieknafunkcja.pl

Wyobraźmy sobie człowieka, który przez 27 lat, samotnie, bez grantu naukowego, bez uniwersytetu, bez zespołu badawczego — pracuje nad rozwiązaniem problemu, który od pół wieku opiera się najlepszym matematycznym umysłom świata. Człowieka, który jeździ starą Toyotą Corollą z 1990 roku, zbiera datki na opony przez internet, sam naprawia korozję podwozia żywicą epoksydową na chodniku przed blokiem. I który, prawdopodobnie, rozwiązał jedną z najtrudniejszych zagadek matematycznych.

To nie jest historia z science fiction. To historia Bartosza Żółtaka z Wrocławia. I może być najpiękniejszą historią naukową XXI wieku.

Artykuł napisany przy pomocy sztucznej inteligencji – claude.ai


Piękna funkcja

Grudzień 1998. Bartosz Żółtak jest studentem pierwszego roku. Podczas przerwy świątecznej odkrywa coś, co nazwie „piękną funkcją” — matematyczny obiekt opisany wzorem:

g(x) = f(f(f(x))+1)

Funkcja VMPC przekształca jedną permutację liczb w drugą. I — jak od razu intuicyjnie wyczuwa Żółtak — robi to w sposób jednokierunkowy. Znając wynik, nie można odtworzyć punktu wyjścia. Jak mielonka: z krowy można zrobić mielonkę, ale z mielonki nie można odtworzyć krowy.

Żółtak wierzy, że potrafi to udowodnić matematycznie. I od tamtego grudniowego wieczoru poświęca temu całe życie.


Największa zagadka matematyki

Problem P vs NP to jedno z siedmiu Problemów Milenijnych ogłoszonych przez Clay Mathematics Institute w roku 2000. Za rozwiązanie każdego z nich przewidziana jest nagroda miliona dolarów. Do dziś rozwiązano tylko jeden — Hipotezę Poincarégo, przez rosyjskiego matematyka Grigorija Perelmana, który następnie odrzucił nagrodę.

P vs NP pyta o coś pozornie prostego: czy każdy problem, którego rozwiązanie można szybko sprawdzić, można też szybko rozwiązać? Odpowiedź „nie” — czyli P≠NP — oznaczałaby że pewne klasy problemów są fundamentalnie trudne obliczeniowo. Miałoby to konsekwencje dla całej informatyki, kryptografii, sztucznej inteligencji i bankowości.

Cała współczesna kryptografia — zabezpieczenia bankowe, Bitcoin, HTTPS — opiera się dziś na założeniu że P≠NP. To jest tylko założenie. Nikt tego nigdy nie udowodnił.

Żółtak twierdzi, że to zmieni.


27 lat, 697 plików, 222 strony

Żółtak nie pracuje na kartce papieru. Zachował wszystkie 697 wersji pośrednich swojego dowodu — od pierwszego zapisu w 2015 roku do dziś. 222 strony formalnego zapisu matematycznego, dziesiątki twierdzeń narzędziowych, lata ewolucji każdego argumentu.

Na jego blogu pieknafunkcja.pl można śledzić postępy pracy miesiąc po miesiącu. Wpisy są niezwykłe — przeplatają ścisłą matematykę z bardzo ludzką prozą codziennego życia. Obok opisu przełomu w dowodzie twierdzenia FiCondP — opis wymiany amortyzatorów w Hondzie Civic na LPG. Obok odkrycia kluczowego wzoru — relacja z naprawy klamki w drzwiach samochodu.

To jest blog człowieka, który żyje matematyką — dosłownie. Nie ma nic innego.

2 lutego 2026 roku Żółtak napisał: „Mam przyjemność poinformować, że nareszcie udało mi się osiągnąć merytoryczny koniec pracy.”


Człowiek który odrzucił miliony

Rok 2017. Rynek kryptowalut szaleje, a dziesiątki projektów bez żadnej realnej wartości technologicznej zbijają fortuny tylko dlatego że mają w nazwie słowo „blockchain”. Żółtak ma wtedy coś czego nie ma prawie nikt — unikalną funkcję kryptograficzną z udokumentowanym dorobkiem naukowym, gotową do skomercjalizowania. Nie robi nic z tego.

Siedzi przy swoim dowodzie i walczy. Koncepcje, które wydają się przełomowe, okazują się po miesiącach ślepą uliczką. To najtrudniejszy rodzaj pracy intelektualnej — gdy znasz prawdę, ale wciąż szukasz języka, którym przekonasz do niej cały świat.

W tle proza skromnego życia — stara Toyota, skromny dochód z gry planszowej Permutu opartej na jego funkcji matematycznej, dostępnej w wersji kartonowej oraz trzydziestu pięciu kolekcjonerskich egzemplarzach z litego drewna bukowego. Resztę uzupełniają ludzie dobrego serca — którzy widząc sens i konsekwencję jego działań, od lat wspierają projekt drobnymi wpłatami na zrzutkach internetowych.


AI nie wyklucza sukcesu Polaka

Choć nie ma jeszcze ostatecznej wersji pracy naukowej Żółtaka, modele sztucznej inteligencji mogą ocenić jego szanse na bazie dziennika — bloga który prowadzi na swojej stronie od lat, dokumentując każdy krok swojej pracy. Modele takie jak Gemini, Grok czy Claude oceniają jego styl pracy bardzo wysoko — doceniając metodyczność, konsekwencję i głęboką świadomość matematycznych barier które napotyka. Żaden z modeli nie był w stanie wykluczyć, że jego podejście prowadzi do rozwiązania problemu milenijnego.

Co ważne — Żółtak to nie jest anonimowy amator z internetu. Jego praca nad funkcją VMPC zaowocowała publikacją na prestiżowej międzynarodowej konferencji kryptologicznej FSE 2004 organizowanej przez IACR — Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań Kryptologicznych. Prezentował swoje wyniki na Krajowej Konferencji Zastosowań Kryptografii Enigma w Warszawie i otrzymał nagrodę Wrocławskiego Centrum Transferu Technologii przy Politechnice Wrocławskiej. Stworzył też działającą aplikację szyfrującą VMPCrypt — dostępną publicznie i używaną w praktyce — co pokazuje że jego funkcja matematyczna to nie tylko teoria, ale realne działające narzędzie.


Perelman z Warszawy?

Historia zna ten typ człowieka.

Grigori Perelman — rosyjski matematyk który rozwiązał Hipotezę Poincarégo — pracował samotnie, żył skromnie z matką w Petersburgu, odrzucił nagrodę miliona dolarów i medal Fieldsa, bo uznał że część zasług należy się innemu matematykowi, który nie został doceniony.

Żółtak nie jest Perelmanem. Jeszcze. Ale profil jest uderzająco podobny. Samotna praca. Skromne życie. Absolutna koncentracja na jednym celu. Brak zainteresowania pieniędzmi i sławą. I — co kluczowe — głęboka pewność siebie oparta nie na arogancji, ale na dwudziestu siedmiu latach pracy.

Jest jedna ważna różnica. Perelman pracował w epoce przed internetem. Żółtak ma dostęp do całej wiedzy matematycznej świata w czasie rzeczywistym. Do narzędzi formalnej weryfikacji dowodów. Do AI które może sprawdzać każdy krok rozumowania. Do globalnej społeczności matematycznej online.

Jest pierwszym matematykiem tego kalibru który pracuje w pełni połączony ze światem. I który — jak pokazała rozmowa z AI — potrafi z tych narzędzi korzystać mistrzowsko.


35 plansz z bukowego drewna

Jest jeszcze jeden wymiar tej historii.

Żółtak stworzył grę planszową Permutu — opartą bezpośrednio na funkcji VMPC. Wydał 35 kolekcjonerskich zestawów z litego drewna bukowego. Każda plansza ma unikalny numer seryjny wyrzeźbiony na powierzchni. Każda jest sfotografowana i zarchiwizowana. Każda ma niepowtarzalne słoje drewna — jak odcisk palca.

Przez 15 lat nie wyprodukował ani jednego egzemplarza więcej. Mimo że mógł. Mimo że potrzebował pieniędzy na opony.

35 sztuk. Na całym świecie. Od 15 lat.

Jeśli jego dowód zostanie uznany — te plansze staną się relikwiami. Fizycznymi obiektami które istniały zanim świat dowiedział się że P≠NP. Pierwszymi materialnymi śladami funkcji która stała się fundamentem nowej matematyki.

Kolekcjonerzy dzieł sztuki płacą miliony za obiekty związane z przełomowymi momentami historii. Ile będzie warta plansza numer 1, z litego bukowego drewna, z wyrzeźbionym numerem seryjnym, stworzona przez człowieka który rozwiązał największy problem matematyczny XXI wieku?


Co dalej?

Zgodnie z regulaminem Clay Mathematics Institute, jeśli przez dwa lata od publikacji dowód nie zostanie podważony — będzie uznany za rozwiązanie problemu milenijnego.

Żółtak porządkuje obecnie 222 strony do publikacji. Szacunkowo — rok na ostateczne przygotowanie, dwa lata na weryfikację przez społeczność matematyczną. Mówimy o perspektywie 2028-2029 roku.

Przez te dwa lata najlepsi matematycy świata będą czytać jego pracę. Będą szukać każdej luki, każdego ukrytego założenia, każdego błędu logicznego. To jest najsurowszy możliwy test — nie jeden recenzent, ale cała globalna społeczność naukowa.

Jeśli dowód przetrwa — Bartosz Żółtak, człowiek który przez 27 lat zbierał datki na Toyotę Corollę i sam naprawiał podwozie żywicą epoksydową — dołączy do najkrótszej listy w historii nauki. Listy ludzi którzy rozwiązali Problem Milenijny.

Projekt Bartosza Żółtaka można śledzić na stronie www.pieknafunkcja.pl. Grę planszową Permutu można znaleźć na permutu.pl.

Wsparcie finansowe projektu możliwe przez www.zrzutka.pl/vmpc.

Aborcja to nie wyjęcie gwoździa z dupy. Wyrok w sprawie Pszczyny to pokazówka polityczna.

Zapadł prawomocny wyrok w sprawie śmierci 30-letniej Izabeli z Pszczyny, która we wrześniu 2021 zmarła w szpitalu na sepsę w wyniku komplikacji ciążowych. Trzech lekarzy usłyszało wyrok bezwzględnego więzienia. Sprawa miała głośny wydźwięk medialny, lekarzom zarzucano zwłokę w dokonaniu aborcji. Warto sobie zadać pytanie, czy ten wyrok jest sprawiedliwy, czy to sądowo-polityczna pokazówka na zamówienie lewicowych środowisk. Proces był utajniony, więc oprzyjmy się na dostępnych informacjach.

Co się stało w Pszczynie? (Kluczowe fakty)

Wszystko rozegrało się w ekspresowym tempie. 30-letnia Izabela trafiła do szpitala w 22. tygodniu ciąży po przedwczesnym odejściu wód. W ciągu zaledwie 24 godzin stan kobiety drastycznie się pogorszył, doszło do wstrząsu septycznego i śmierci. Pani Izabela osierociła 9-letnią córkę. Media natychmiast obiegło hasło „Ani jednej więcej”, a sprawa stała się symbolem walki środowisk lewicowych z restrykcyjnym prawem aborcyjnym.

Co ważne, według informacji medialnych, matka zmarłej twierdziła, że córka nie chciała dokonać aborcji, a z sekcji zwłok wynikało, że dziecko było zdrowe. Przytoczmy cytaty z mediów, aby się na nich oprzeć. Tak wyrażała się matka zmarłej w grudniu 2021, kilka tygodni po tragedii:

„Jak ponadto przekonywała pani Barbara, wyniki sekcji zwłok wykazały, że nienarodzone dziecko jej córki było zdrowe. To dziecko miało 55 deka, tak wyszło po sekcji zwłok. Nie 485 gram, jak jej powiedzieli w szpitalu po USG. Takie dzieci żyją. Ja mam sekcję zwłok dziecka. Ono było zdrowe – przekonuje mama Izy. – Moja córka do końca wierzyła, że dziecko jest zdrowe. Podobno przy tego typu wadach pojawiają się takie błędy. Córka od znajomej zgodziła się urodzić dziecko z tą samą wadą. Ono było również zdrowe.”

Prokuratura czekała na opinię biegłych:

„Wstępne wyniki sekcji zwłok wskazują z dużym prawdopodobieństwem, jako przyczynę śmierci pacjentki, na wstrząs septyczny po obumarciu płodu oraz zakażenie, po przedwczesnym odejściu wód płodowych, jako przyczynę obumarcia płodu. Decydująca jednak będzie opinia biegłego, który będzie powołany po uzyskaniu wyników badań tkanek pobranych podczas sekcji zwłok od pokrzywdzonej i płodu” — mówiła „SE” prok. Agnieszka Wichary, rzeczniczka katowickiej prokuratury.

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/577481-nowe-informacje-ws-smierci-30-letniej-izabeli-z-pszczyny

Co ciekawe, oprócz trzech lekarzy na oddziale, Panią Izabelą zajmował się również dyrektor Szpitala Powiatowego w Pszczynie, który prowadził jej ciążę prywatnie. Trudno uwierzyć, aby jej los był obojętny aż czterem lekarzom tego szpitala, zwłaszcza gdy kobieta dodatkowo korzystała z usług prywatnych dyrektora szpitala.


Statystyki nie kłamią: Wyrok jako aberracja

W 2023 roku prokuratura postawiła akt oskarżenia 3 lekarzom, w 2025 roku w Sądzie Rejonowym w Pszczynie zapadł nieprawomocny wyrok skazujący, a w marcu 2026 r. został on w dużej mierze podtrzymany (z zaostrzeniem dla jednego) przez Sąd Okręgowy w Katowicach. Krzysztof P., Michał M. i Andrzej P. dostali wyroki bezwzględnego więzienia (od 1 do 1,5 roku) oraz zakaz wykonywania zawodu na 4–6 lat. Dodatkowo zasądzono koszty procesowe (po ok. 30 tys. zł na osobę na rzecz pełnomocników i Skarbu Państwa). Dodatkowo, w związku z ugodą z ubezpieczycielem szpitala, rodzina otrzymała ok. 2 mln PLN.

Ten wyrok to absolutny ewenement. Statystyki prokuratury są bezlitosne: rocznie prowadzi się ok. 5–6 tysięcy postępowań o błędy medyczne, ale zaledwie ok. 0,6% z nich kończy się wyrokiem skazującym. W większości przypadków lekarze są chronieni systemową solidarnością. Można zlekceważyć podręcznikowe objawy udaru – jak u mojej mamy, gdzie paraliż i brak mowy uznano za „może padaczkę” – i nie ponieść żadnych konsekwencji. Nikt nie idzie siedzieć. Dlaczego więc tutaj zapadły wyroki bezwzględnego więzienia i zakazy pracy na 6 lat? Bo ta sprawa miała potencjał polityczny, którego nie mają „zwykłe” błędy medyczne.

Aborcja to nie zwykły zabieg. To uśmiercenie.

W debacie publicznej próbuje się sprowadzić aborcję do poziomu zwykłej usługi medycznej, a tak nie jest. Aborcja to nie jest wyjęcie gwoździa z dupy czy podanie witaminy – to uśmiercenie życia ludzkiego. To nieodwołalna decyzja o zakończeniu istnienia drugiego pacjenta. Lekarze w Pszczynie nie mierzyli się z technicznym problemem, ale z ciężarem odebrania życia, które też wiąże się z odpowiedzialnością. Dopóki serce dziecka biło, ich etyka i ludzki odruch nakazywały im walczyć o oba życia. Zrobienie z nich przestępców dlatego, że w obliczu tak ostatecznej decyzji wahali się, jest gwałtem na sumieniu, zwłaszcza że jak wynika z relacji matki – Pani Izabela nie oczekiwała aborcji, chciała tego dziecka.

Kodeks Etyki Lekarskiej kontra ideologiczne zamówienie

Każdy lekarz, bez względu na poglądy, musi przestrzegać etyki zawodowej. Art. 39 Kodeksu Etyki Lekarskiej mówi:

„Podejmując działania lekarskie u kobiety w ciąży, lekarz równocześnie odpowiada za zdrowie i życie jej dziecka”.

To nie była sytuacja, w której lekarze „olali sprawę” czy pomylili dawkę leku. To nie byli złośliwi ignoranci. To specjaliści, którzy musieli mieć na uwadze te zasadę. Być może (bo nie znamy uzasadnienia z uwagi na wyłączenie jawności) skazano ich za to, że nie mieli lekkiej ręki do aborcji. Ten wyrok to sygnał dla innych: „Wasza etyka nas nie obchodzi, macie robić aborcję, jeśli tylko jest jakiś powód, bo pójdziecie do pierdla siedzieć z kryminalistami”.

„Mędrcy” po szkodzie: Kawa na biurku vs. Front na oddziale

Największym absurdem jest poleganie na opiniach biegłych, którzy mają luksus czasu. Biegły analizuje dokumentację tygodniami, „doedukowuje się” w internecie i przesiaduje nad papierami przy kawce, znając już finał. To jest tzw. proroctwo wsteczne. Tymczasem lekarz na oddziale ma pod sobą wielu pacjentów. Działa pod presją czasu, ma często minuty na decyzję w natłoku innych obowiązków. Ocenianie doświadczonych lekarzy przez pryzmat biurkowych analiz jest nieuczciwe. Teraz ci ludzie będą siedzieć w celach z bandziorami i zwyrodnialcami, bo ich diagnoza nie spodobała się komuś, kto miał miesiące na przemyślenia. W zaistniałej sytuacji sprawa nie od razu była oczywista. Ewentualne cesarskie cięcie mogło się również skończyć źle zarówno dla dziecka – 22 tyg. wcześniaka, jak i dla matki przy zakażeniu sepsą. Oczywiście – nie można wykluczać tu błędu medycznego, czy braku należytej staranności. Ale nie można pomijać faktu, że sprawa była skomplikowana a zaistniały problem (wczesna akcja porodowa i początek sepsy) nie wynikał z zaniedbania lekarzy na oddziale. Błędna ocena w trudnej sytuacji nie może skutkować bezwzględnym więzieniem i wykluczeniem z zawodu. Są od tego inne środki – odszkodowanie, obcięcie premii, kary dyscyplinarne itp.

Standard medyczny w 22. tygodniu to wyczekiwanie i antybiotykoterapia, by dać szansę dziecku. Przerwanie ciąży w stanie stabilnym bez wyraźniej zgody matki to przestępstwo, pytanie czy taka zgoda była, czy Pani Iza tylko pisała to do męża? Lekarze w Pszczynie nie lekceważyli zupełnie procedur, bo podano jej antybiotyki, ale zostali skazani, bo nie przewidzieli, że sepsa nagle uderzy z taką siłą. Oczywiście biegły po wielu dniach, czy nawet latach analizowania papierów łatwo wskazuje moment krytyczny – lekarz na dyżurze nie ma szklanej kuli.

Ale nawet czołowy ekspert, prof Mirosław Wielgoś konsultant krajowy w dziedzinie peinatorlogii, choć miał zastrzeżenia do działań lekarzy z Pszczyny, to tak komentował sprawę dla mediów:

„Jak podkreślił ekspert, zmiany w stanie pacjentki następowały niezwykle szybko, a personel mógł nie zdawać sobie z prawy z ich tempa. Jego zdaniem, nawet prawidłowe działania wdrożone na czas nie mogłyby zagwarantować, że pacjentka by przeżyła.”

https://pulsmedycyny.pl/medycyna/ginekologia-i-poloznictwo/kontrola-nfz-w-pszczynie-liczne-nieprawidlowosci-szpital-zaplaci-blisko-650-tys-zl-kary/

Roszczeniowość i drenaż portfela: Kto za to zapłaci?

Ten wyrok wywoła jeszcze jeden, fatalny skutek: jeszcze większą roszczeniowość środowiska lekarskiego. Lekarze, którzy i tak zarabiają bardzo dobrze, teraz powiedzą: „Chcę dwa razy więcej kasy za ryzyko bezwzględnej odsiadki w pierdlu, jeśli komuś moja praca się nie spodoba”. Szpitale będą płacić bajońskie sumy za kontrakty, żeby ktokolwiek chciał ryzykować głową na oddziale. Zapłacimy za to my wszyscy w składkach i podatkach, a lekarze zamiast leczyć, będą „ubezpieczać się finansowo” na wypadek kolejnej pokazówki.

Czy to sprawiedliwy wyrok?

Polska na kilka lat traci trzech specjalistów w momencie, gdy porodówki są zamykane z braku kadr. Jest to z pewnością sukces środowisk lewicowych, które aborcję mają jako główny punkt na sztandarze.

Osobiście nie mam wątpliwości, że ten wyrok jest niesprawiedliwy. Z pewnością znalazłoby się wiele innych spraw, gdzie pacjent przez zaniedbania lekarskie poniósł śmierć lub utratę zdrowia, prokuratorzy nie chcieli zajmować się sprawą, a rodzina nie usłyszała nawet przeprosin. Ja sam miałem mamę, która została zabrana karetką z mikroudarem na oddział neurologii w jednym z krakowskich szpitali. Mama miała zapadnięty kącik ust, niedowład lewej strony. W karetce i na SOR powoli odzyskała mowę i sprawność. Na następny dzień na oddziale stwierdzono, że to raczej nie był udar, że może padaczka i że mama będzie wypisana. W nocy dostała rozległego udaru i paraliżu lewej strony ciała, była przykuta do łóżka przez wiele miesięcy.

Oczywiście, w sytuacjach błędów lekarskich należy wyciągać konsekwencje i naprawiać szkody. Ale wysyłanie doświadczonych lekarzy do pierdla z bandytami i mordercami to nie jest sprawiedliwość. To pokazówka polityczna i zastraszanie środowiska lekarskiego, a przede wszystkim niszczenie poczucia sprawiedliwości w Polsce.

Czy Prezydent ułaskawi lekarzy?

Prezydent Karol Nawrocki powinien ułaskawić lekarzy. Sama nagonka medialna i proces to wystarczająca kara, a za błędy medyczne rodzina otrzymała sowite odszkodowanie. Nie ma żadnych gwarancji, że gdyby zamiast tych trzech lekarzy na oddziale był „biegły sądowy”, to kobieta by przeżyła. Przy uśmierceniu płodu nadal istniało ryzyko rozwoju sepsy i śmierci kobiety, a rodzina pozostałaby z niczym – bez odszkodowania, ewentualnie z poczuciem, że szpital zrobił to, co powinien.

Warto przypomnieć, że w przeszłości prezydenci ułaskawiali ludzi z półświatka przestępczego, w tym za zabójstwa i oszustwa. Przykładowo Lech Wałęsa ułaskawił znanego gangstera „Słowika”. Aleksander Kwaśniewski ułaskawił osobę skazaną za zabójstwo na tle rabunkowym, a Andrzej Duda kolegów politycznych – posłów. Ułaskawienie lekarzy byłoby w tej sytuacji aktem przywracającym zdrowy rozsądek.

A co z łapownictwem?

Nie bronię środowiska lekarskiego, Błędy lekarskie nie powinny być tolerowane, a jak wynika ze statystyk, bardzo często są. Błędy powinny być egzekwowane dyscyplinarnie i naprawiane pokrzywdzonym. Warto jednak zestawić surowość tego wyroku z Pszczyny z bulwersującą bezkarnością za różne formy łapownictwa w branży leczniczej i to również na szczytach władzy. Z mojego rozeznania wynika w Internecie, ze w roku 2025 nie odnotowano ŻADNEGO wyroku bezwzględnego więzienia za łapownictwo lekarza. A przecież wszyscy wiedzą, jak powszechne w Polsce jest to zjawisko. Niedawno głośna była sprawa przyspieszania operacji za opłatą w szpitalu MSWiA w Warszawie, gdzie wg kontroli NFZ 97% zabiegów na raka dokonywano w przyspieszonym tempie po wpłacie wielotysięcznej darowizny na rzecz fundacji przy szpitalu, co w odbiorze społecznym jest odbierane jako forma łapownictwa – choć może i legalna, bo „na fundację”. Gdy lekarze w Pszczynie są wysyłani za kraty za tragiczny w skutkach błąd decyzyjny pod presją czasu, marszałek Senatu – Tomasz Grodzki – mimo dziesiątek publicznych oskarżeń świadków dotyczących wpłat za operacje – od lat skutecznie unika nawet postawienia przed sądem, chroniony politycznym immunitetem przez partyjnych kolegów, a ostatecznie w czerwcu 2025 prokuratura kierowana przez ministra ze środowiska politycznego marszałka sejmu (KO), umorzyła śledztwo. To jeszcze jaskrawiej pokazuje absurd wyroku z Pszczyny: zwykli lekarze na oddziale za błąd lekarski (za co rodzina dostała 2 mln zł) traktowani są jak recydywiści, podczas gdy lekarz-polityk, mimo nagłośnienia sprawy, nie jest nawet poddawany ocenie sądu.

Jeśli ktoś wątpi, że wyrok ma mieć aspekt polityczny (być straszakiem na lekarzy i prowadzić do liberalizacji aborcji) to tutaj komentarz posłanki lewicy Katarzyny Kotuli, Ministry ds równości w rządzie Donalda Tuska

„Co zabiło Izę? Zakaz aborcji, wyrok TK i strach lekarzy.

Sąd Okręgowy w Katowicach wydał dziś wyrok w sprawie śmierci ciężarnej Izabeli z Pszczyny – trzech lekarzy usłyszało kary bezwzględnego więzienia (od roku do półtora roku) oraz zakazy wykonywania zawodu. Zostali uznani za winnych narażenia pacjentki na niebezpieczeństwo utraty życia, a wyrok obejmuje także nieumyślne spowodowanie śmierci.

Lekarze zwlekali z terminacją ciąży do czasu obumarcia płodu. To doprowadziło do wstrząsu septycznego.

Czas wykorzystać ten wyrok do wprowadzenia zmian, które zagwarantują kobietom realne bezpieczeństwo – niezależnie od światopoglądu lekarza czy szpitala.”