Pieniądze społeczne to nie środki publiczne. Rady sołeckie jak rady rodziców

W gminie Wieliczka powraca dyskusja dotycząca gospodarki finansowej w sołectwach i osiedlach. Niejasne statuty dają pretekst do szukania haków na sołtysów i zarządy osiedli za obracanie pieniędzmi „społecznymi”, które mylone są ze środkami publicznymi w budżecie gminy. Czy dochodzi do nadużyć? Nie, po prostu tak zawsze było, że sołtysi wraz z mieszkańcami prowadzili własną gospodarkę finansową w celu drobnych napraw czy organizacji imprez integracyjnych finansowanych częściowo z właśnie tych pieniędzy społecznych, a częściowo czynem społecznym.

Czas najwyższy na odważną dyskusję o prawdziwej autonomii samorządowej, logice tworzenia prawa i prawnej dopuszczalności utworzenia funduszu wspierającego jednostkę pomocniczą na wzór rady rodziców przy szkole.

Mityczna „jedyna słuszna wykładnia” vs. litera prawa

Przeciwnicy tworzenia funduszy społecznych przy radach osiedli lub sołectwach powołują się na art. 51 ust. 3 ustawy o samorządzie gminnym (USG), który mówi:

„Statut gminy określa uprawnienia jednostki pomocniczej do prowadzenia gospodarki finansowej w ramach budżetu gminy.”

Nadzór prawny częstokroć interpretuje to zdanie w sposób skrajnie dogmatyczny, dopisując do niego słowo, którego w ustawie po prostu nie ma – słowo „wyłącznie”. Uznają oni, że skoro ustawa każe uregulować gospodarkę w budżecie, to jakakolwiek aktywność poza nim jest nielegalna.

To absurdalne podejście. Tak się nie tworzy ani nie interpretuje prawa.

Gdyby ustawodawca chciał bezwzględnie zakazać radom gmin wprowadzania mechanizmów gromadzenia środków społecznych przez jednostki pomocnicze, wpisałby do ustawy wprost: „Jednostka pomocnicza prowadzi gospodarkę finansową tylko i wyłącznie w ramach budżetu gminy”. Takiego zakazu w ustawie nie ma.

Analogia do szkół i rad rodziców – ta sama gmina, inne zasady?

Spójrzmy na inną jednostkę organizacyjną gminy – szkołę publiczną. Szkoła jest klasyczną jednostką budżetową gminy. A jednak przy każdej szkole działa rada rodziców, która gromadzi dobrowolne składki, posiada odrębne konto i przeznacza te finanse na wsparcie działalności statutowej placówki.

Czy szkolna rada rodziców ma osobowość prawną? NIE MA. Dokładnie jak sołectwo, czy osiedle. Więc w czym problem?

Skoro w ramach tej samej struktury gminnej możliwy i w pełni legalny jest mechanizm wspierania jednostki przez jej społeczność za pomocą funduszy społecznych, to z jakiego powodu neguje się analogiczne prawo dla rad osiedli czy rad sołeckich?

Argument, że rada rodziców ma swój przepis w Prawie oświatowym, nie zmienia faktu logicznego: finanse społeczne zbierane na cel publiczny przez reprezentację mieszkańców nie rozsadzają systemu finansów gminy. Co więcej, w przypadku jednostek pomocniczych to właśnie statut nadawany przez radę gminy stanowi odpowiednie źródło prawa miejscowego do uregulowania tej kwestii.

Jeśli zestawimy to w ten sposób:

  • Zadanie gminy: Wyrównywanie szans edukacyjnych, doposażenie bazy dydaktycznej, organizacja wypoczynku i zajęć pozalekcyjnych.
  • Co robi rada rodziców?: Dofinansowuje wycieczki dla biednych dzieci, kupuje sprzęt multimedialny do sali, remontuje boisko szkolne.
  • Skutek: Rada rodziców realizuje ustawowe zadania własne gminy (z art. 7 ustawy o samorządzie gminnym – edukacja publiczna), wydając na to setki tysięcy złotych rocznie w skali każdej gminy, poza kontrolą skarbnika, poza procedurą przetargową (UZP), poza uchwałą budżetową i poza nadzorem RIO.

A teraz wyobraźmy sobie sołectwo, które zbiera składki na remont wiejskiego placu zabaw (też zadanie gminy z art. 7 – kultura fizyczna i rekreacja) albo na organizacje pikniku integracyjnego (też zadanie gminy – integracja społeczna).

Gdzie tu logika?
W obu przypadkach mamy:

  1. Pieniądze pochodzące z dobrowolnych datków.
  2. Wydatkowane na cele, które i tak należą do kompetencji gminy.
  3. Podmiot (rada rodziców / rada sołecka) działający w strukturach gminy, bez osobowości prawnej.

Jeśli urząd twierdzi, że rada sołecka nie może tego robić, bo „zadania gminy muszą iść przez budżet”, to automatycznie musi uznać, że każda złotówka wydana przez radę rodziców na wycieczkę szkolną czy kredki jest nielegalnym wydatkowaniem środków publicznych poza procedurą. A przecież nikt przy zdrowych zmysłach tak nie mówi, ba – ministrowie i kuratorzy zachwalają rady rodziców za ich społeczną aktywność!

Nie oszukujmy się – władza lokalna nie lubi konkurencji i chce trzymać nad sołtysami „łapę” i na wszystko wydawać zgody. Bo przecież jak ludzie kupią farbę i odmalują wiejską sale w budynku, to burmistrz nie będzie tu bohaterem do fotki. Co innego, jak społeczna kasa trafi do urzędu a burmistrz zgodzi się na malowanie… Wtedy może się pochwalić inwestycją gminy w danej miejscowości.

Delegacja ustawowa i art. 48 USG – celowa furtka dla samorządu

Ustawodawca, pisząc ustawę o samorządzie gminnym, nie chciał regulować każdego detalu funkcjonowania sołectw i osiedli. Właśnie dlatego stworzył instytucję statutu, przekazując radzie gminy szeroką samorządność i delegację do kształtowania ustroju swoich jednostek pomocniczych.

Kluczowy jest tu art. 48 ust. 1 USG:

„Jednostka pomocnicza zarządza i korzysta z mienia komunalnego oraz rozporządza dochodami z tego źródła w zakresie określonym w statucie. Statut ustala również zakres czynności dokonywanych samodzielnie przez jednostkę pomocniczą w zakresie przysługującego jej mienia.”

Przepis ten daje radzie gminy otwartą furtkę. Skoro statut może przyznać jednostce pomocniczej prawo do samodzielnego rozporządzania dochodami i dokonywania czynności prawnych w zakresie mienia, to tym bardziej rada gminy ma prawo w ramach normy statutowej określić zasady gromadzenia i kontrolowania dobrowolnych składek mieszkańców.

Zasada domniemania kompetencji i autonomia Konstytucyjna

Polska Konstytucja w art. 165 gwarantuje samorządowi terytorialnemu osobowość prawną i samodzielność, która podlega ochronie sądowej. Wykładnia przepisów nie może sprowadzać delegacji statutowej z art. 51 i art. 48 USG do roli fikcji, w której rada gminy może w statucie jedynie przepisać słowo w słowo ustawę.

  1. Brak zakazu to przestrzeń dla statutu: W prawie samorządowym odsyłanie konkretnej sprawy do statutu oznacza, że to rada gminy jest gospodarzem tego obszaru.
  2. Transparentność zamiast „szarej strefy”: Mieszkańcy i tak składają się na lokalne inicjatywy (festyny, wieniec dożynkowy, plac zabaw). Wpisanie tego mechanizmu do statutu – wraz z obowiązkiem corocznego rozliczenia i skwitowania organu wykonawczego przed radą jednostki – wprowadza cywilizowane, transparentne zasady kontroli nad tymi środkami.

Jak powinien wyglądać nowoczesny zapis w statutach?

Opierając się na wykładni celowościowej, czystej logice przepisów oraz autonomii gminy, w statutach można wprowadzić spójne i stabilne prawnie regulacje:

W Statucie Gminy:

§ …

  1. Prowadzenie gospodarki finansowej środkami publicznymi w ramach budżetu Gminy odbywa się poprzez fundusz sołecki oraz środki wyodrębnione dla jednostki pomocniczej z budżetu Gminy.
  2. W celu wspierania działalności statutowej jednostki pomocniczej, organ wykonawczy jednostki może gromadzić fundusze z dobrowolnych składek mieszkańców oraz innych źródeł, z których rozlicza się podczas procedury skwitowania.

W Statucie Jednostki Pomocniczej:

§ …

  1. Prowadzenie gospodarki finansowej środkami publicznymi w ramach budżetu Gminy odbywa się na zasadach określonych w Statucie Gminy.
  2. Organ wykonawczy jednostki pomocniczej uprawniony jest do gromadzenia środków społecznych z dobrowolnych składek mieszkańców oraz innych źródeł na wsparcie działalności statutowej.
  3. Rozliczenie ze środków, o których mowa w ust. 2, następuje przed radą jednostki pomocniczej w procedurze udzielania skwitowania.

Podsumowanie

Przełamanie biurokratycznego oporu wymaga odwagi. Pora przestać traktować jednostki pomocnicze jak bezwolne kółka zainteresowań, a rady gmin jak urzędy do bezmyślnego kopiowania ustaw, a działalność społeczną jak działalność przestępczą. Skoro rady rodziców mogą obracać pieniędzmi w ramach szkoły poza budżetem gminy, to mogą tak też i sołectwa czy osiedla. Przepisy ustawy o samorządzie gminnym dają radom gmin realną furtkę do budowania prawdziwej, oddolnej samorządności – wystarczy zacząć czytać je z logiką i w duchu Konstytucji.

Sołtys powinien dziś mieć status przewodniczącego zarządu rady rodziców, a nie przewodniczącego trójki klasowej, bo dziś tak się go sprowadza. Ludzie oczekują, że sołtys będzie miał realną władzę dysponowania powierzonymi mu przez sąsiadów pieniędzmi na potrzeby ich wspólnej małej ojczyzny. Niech wreszcie przestanie być petentem urzędu, a stanie się znów gospodarzem swojej wsi, który działa szybko i po sąsiedzku, tak jak od pokoleń na wsiach bywało. To nie rewolucja, tylko przywrócenie elementarnej godności społecznikowi, który chce działać, a nie tylko zbierać podpisy i czekać na łaskę urzędnika.

Niestety prace nad nowelizacją statutu gminy i statutów jednostek pomocniczych utknęły. Mimo iż w Radzie Miejskiej Wieliczki powstała specjalna komisja, a sekretarz urzędu miasta zbiera propozycje zmian od sołtysów i zarządów osiedli, przez 2 lata nie wypracowała żadnego projektu zmiany statutów.

Ja ten problem poruszałem jeszcze nie będąc radnym, w latach 2019-2020 na jednej z komisji Budżetu, mienia i Rozwoju Gospodarczego przy Radzie Miejskiej w Wieliczce.

tutaj link do przykładowego statutu sołectwa w Gminie Wieliczka (dla wszystkich sołectw są podobne):

https://edziennik.malopolska.uw.gov.pl/WDU_K/2010/635/5174/Akt.pdf

W tu link do statutu gminy Wieliczka:

https://bip.malopolska.pl/api/files/2718976

#statut #solectwo #soltys #mienie #gminne #komunalne #samorzad #funduszsolecki

Burmistrz Wieliczki nie oszczędza na prezesach

Od zmiany Burmistrza Wieliczki w połowie 2024 roku gmina Wieliczka miała być w programie oszczędnościowym z uwagi na kryzys finansowy, spowodowany polityką poprzedniego burmistrza Artura Kozioła. Mieszkańcy pod koniec 2024 roku „na raz” dostali mocne podwyżki cen wody (ok 50%, śmieci, (ok 30%) oraz podatku od nieruchomości (ok 20%). Jednocześnie dokonano cięć wydatków m.in. w na kursach autobusach miejskich. Gmina to nie tylko urząd, ale również spółki miejskie. Ostatnio pojawiły się sprawozdania finansowe tych spółek za 2025 rok. Co z nich wynika? Czy tam też były oszczędności?

Wielicka Spółka Transportowa Sp. z o.o.

Analiza sprawozdania finansowego Wielickiej Spółki Transportowej (WST) pokazuje skokowy wzrost wynagrodzenia zarządu przy jednoczesnej redukcji poziomu zatrudnienia:

  • Łączne wynagrodzenia Zarządu i Rady Nadzorczej: W 2023 roku wynosiły 223 tys. zł. W 2025 roku osiągnęły poziom 391 tys zł. Jest to wzrost o 168 tys. zł, czyli o 75,3%.
  • Zatrudnienie: Średnie roczne zatrudnienie w spółce spadło z 14,9 etatu w 2023 roku do 13,1 etatu w 2025 roku.

Wzrost kosztów osobowych organów zarządczych WST nastąpił w okresie, w którym w ramach programu oszczędnościowego gminy wprowadzono cięcia w kursach autobusów, m.in. w niedzielę i święta.

Spółka działa na majątku gminy i jest zasilana środkami z budżetu miejskiego.

Solne Miasto Sp. z o.o.

Z oficjalnego sprawozdania finansowego spółki Solne Miasto Sp. z o.o. wynikają następujące dane dotyczące kosztów funkcjonowania władz spółki oraz jej wyniku finansowego:

  • Wynagrodzenie Zarządu: W 2023 roku wyniosło 208 tys zł. W roku 2025 kwota ta wzrosła do 301 tys. zł, co stanowi wzrost o 44,8%.
  • Koszty Rady Nadzorczej: W 2023 roku wynosiły 104 tys zł. W 2025 roku wzrosły do 127 tys zł (wzrost o 21,8%).
  • Wynik finansowy: Spółka zakończyła rok 2025 stratą netto w wysokości 3 mln zł zł (dla porównania, strata za rok 2024 wynosiła ok. 1,88 mln zł).

Spółka działa na majątku gminy i jest zasilana środkami z budżetu miejskiego.

W tym samym okresie taryfa za dostarczanie wody w gminie wzrosła z 4,97 zł za m3 do 7,25 zł za m3  (wzrost ok 50%).

Podsumowanie faktów

Porównanie kosztów wynagrodzeń miedzy 2023 i 2025 wynika z tego, że w połowie 2024 roku nastąpiła zmiana burmistrza. Zatem rok 2023 był cały pod zarządem Burmistrza Artura Kozioła, a rok 2025 pod zarządem Burmistrza Rafała Ślęczki.

Zestawienie twardych danych finansowych z lat 2023 i 2025 wskazuje na dwa równoległe procesy:

  1. Zwiększanie obciążeń finansowych mieszkańców (podwyżki cen wody, śmieci, podatków) oraz ograniczanie zakresu usług publicznych (redukcja kursów autobusowych).
  2. Istotny wzrost kosztów utrzymania zarządów i rad nadzorczych w gminnych spółkach kapitałowych (od ~45% do ponad 75%).

Nadzór nad polityką właścicielską oraz decyzjami kadrowymi w spółkach gminnych sprawuje organ wykonawczy gminy – Burmistrz Miasta i Gminy Wieliczka. Prezentowane liczby pochodzą bezpośrednio z dokumentów finansowych złożonych przez spółki w Krajowym Rejestrze Sądowym.

W uproszczeniu można powiedzieć, że po zmianie burmistrza mieszkańcy dostali o połowę wyższe ceny wody, a prezesi spółek o polowe wyższe pensje. Oczywiście wszystko jest raczej zgodnie z prawem, ale czy zgodnie z interesem mieszkańców Wieliczki?

Pozostaje zadać pytanie do Burmistrza Rafała Ślęczki – czy to uczciwe wobec mieszkańców? Czy tak powinien wyglądać program oszczędnościowy? Czy jest jakieś uzasadnienie, dla którego prezes spółki ma zarabiać niemal dwa razy tyle co dyrektor w urzędzie?

Dla mnie odpowiedź jest oczywista – NIE. I myślę, ze dobrze zrobiłem nie udzielając burmistrzowi w czerwcu votum zaufania.

Dane finansowe można zweryfikować poprzez przeglądarkę sprawozdań finansowych po wpisaniu numeru KRS oraz wczytanie pobranego pliku sprawozdań finansowych. Nie jest to łatwe, dlatego załączam dokumenty.

Wynagrodzenia zarządu i rady nadzorczej widnieje w sprawozdaniach z działalności oraz informacji dodatkowej. Załączam Informacje screeny z tych informacji oraz dokumenty.

Tu wideo-komentarz do sprawy Bogdana Śmigielskiego – znanego wielickiego przedsiębiorcy i działacza społecznego:

Spółka WIELICKA SPÓŁKA TRANSPORTOWA Sp. z o.o.

Spółka SOLNE MIASTO Sp. z o.o.

Pliki ze sprawozdania finansowego – informacja dodatkowa:

Wielicka Spółka Transportowa – punkty 5.4

SOLNE MIASTO – rok 2023 i 2025 – NOTA nr 19

Dokument zatwierdzający sprawozdanie spółki autobusowej przez burmistrza Wieliczki – głównego udziałowca;

Infografika dotycząca spółki autobosowej WST:

Infografika dotycząca spółki Solne Miasto:

#spolki #wieliczka #koziol #sleczka #solne #miasto #prezes #woda #podwyzki #zarzad

Wieliccy sołtysi weszli w politykę, nie wiedząc co to votum zaufania

28 z 38 szefów wielickich sołectw i osiedli wdało się w politykę, biorąc w obronę burmistrza i wystawiając czerwoną kartkę radnym, którzy nie udzielili wotum zaufania, m.in. mnie. W podpisanym przez nich piśmie czytamy, że zależy im na sprawach mieszkańców, a nie na sporach politycznych. Jest to bzdura, bo jak chodzi o ważne sprawy mieszkańców, to milczą, a wzięli udział w politycznej ustawce i przykrywając tym samym niegospodarne plany burmistrza, o czym mówiłem na obradach przed głosowaniem w sprawie votum zaufania.

Wieliczka ma kupić 5 autobusów elektrycznych za 26 mln zł, z czego 8 mln ma wyłożyć ze swoich, a 18 mln to dotacja. Nawet za te swoje 8 mln wkładu własnego mielibyśmy 5 autobusów na Diesel bez żadnych restrykcyjnych warunków trwałości projektu itp. (gdzie koszty późniejszego serwisu i infrastruktury dla elektryków i tak spadną na nas), a pozostałe miliony można by przeznaczyć choćby na pilne naprawy dróg.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego, obsługujący swoje linie autobusowo-kolejowe po Wieliczce, korzysta ze starszych diesli prywatnych przewoźników (bo taniej), ale nam wciska nowe, drogie elektryki, bo na to jest zielonoładowa dotacja z UE.

To drugi z chorych pomysłów, bo pierwszym jest naprawdę debilny projekt przebudowy parkingu P+R przy PKP Wieliczka Park. Chcą zwiększyć parking ze 170 miejsc do 250 za astronomiczne 30–40 milionów złotych! (w projekcie 32 mln, w kosztorysie przetargowym aż 42 mln, z czego 22 mln to dotacja, a 10–20 mln to środki własne gminy).

Wieliczka jeszcze długo nie wyjdzie na prostą przy takim zarządzaniu. Sołtysi będą chodzić żebrać o kasę na dziury w drogach, o worki na śmieci zielone, OSP będą żebrać na remonty wozów, kluby żebrać o wsparcie na sport, a rodzice w szkołach będą kupować papier na ksero. Ale za to będziemy mieć bajeranckie autobusy elektryczne i bajerancki parking piętrowy (choć jeszcze nawet nie znamy ostatecznych zaleceń konserwatora zabytków).

Tyle podwyżek opłat i podatków nałożono na mieszkańców w ostatnich latach tylko po to, żeby teraz marnować miliony na głupoty – aby tylko władza mogła pochwalić się w mediach „pozyskaniem dotacji” i nowymi „inwestycjami”.

Dla jasności, załączam tych, którzy się podpisali. Pewnie nie rozgrzebywałbym tego tematu, gdyby to pismo sołtysów nie było upublicznione i przesłane do mediów.

Ja od siebie odpisałem papierowo w szczegółach każdemu z podpisanych.

Szkoda, ze szefowie sołectw i osiedli nie zabiorą głosu w merytorycznej sprawie, jaką jest ta debilna przebudowa parkingu i kupno elektrycznych autobusów. No cóż, widocznie popierają te plany, bo jak czytam w piśmie, wg podpisanych Burmistrz Wieliczki działa profesjonalnie i odpowiedzialnie.

Warto też znać różnice miedzy absolutorium a votum zaufania.

Różnica między tymi dwoma pojęciami sprowadza się do tego, co dokładnie oceniają radni:

  • Absolutorium to ocena typowo formalno-finansowa. Dotyczy wyłącznie wykonania budżetu za dany rok i tego, czy pieniądze były wydawane zgodnie z prawem. Choć formalnie głosuje się nad wnioskiem dla burmistrza, w praktyce jest to najpoważniejszy sprawdzian pracy skarbnika gminy, który ten budżet przygotowuje i nadzoruje.
  • Wotum zaufania to sprawa czysto polityczna. Dotyczy ogólnej działalności burmistrza i realizacji jego polityki miejskiej (ocenia się tzw. raport o stanie gminy). Radni mogą w tym głosowaniu wyrazić swoje poparcie lub dezaprobatę dla jego rządów, niezależnie od tego, czy budżet spinał się finansowo.

Artykuł w Glos24:

https://glos24.pl/soltysi-w-obronie-burmistrza-wieliczki-to-wazny-sygnal

Dokument w obronie burmistrza podpisali

Sołectwa:

  1. Sołectwo Byszyce
  2. Sołectwo Chorągwica
  3. Sołectwo Czarnochowice
  4. Sołectwo Dobranowice
  5. Sołectwo Gorzków
  6. Sołectwo Grabówki
  7. Sołectwo Janowice
  8. Sołectwo Jankówka
  9. Sołectwo Kokotów
  10. Sołectwo Koźmice Małe
  11. Sołectwo Koźmice Wielkie
  12. Sołectwo Mietniów
  13. Sołectwo Pawlikowice
  14. Sołectwo Podstolice
  15. Sołectwo Raciborsko
  16. Sołectwo Rożnowa
  17. Sołectwo Siercza
  18. Sołectwo Sułków
  19. Sołectwo Sygneczów
  20. Sołectwo Śledziejowice
  21. Sołectwo Węgrzce Wielkie

Dokumentu nie podpisały: Brzegi, Golkowice, Grabie, Grajów, Lednica Górna, Mała Wieś, Strumiany oraz Zabawa.

Osiedla:

  1. Osiedla Bogucice
  2. Osiedla Kościuszki, Przyszłość, Szymanowskiego
  3. Osiedla Lekarka
  4. Osiedla Ogrodowe
  5. Osiedla Śródmieście
  6. Osiedla Zadory
  7. Osiedla Zdrojowe

Dokumentu nie podpisały: Osiedla Krzyszkowice oraz Osiedla Sienkiewicza-Asnyka-W. Pola.

Autobusy w Wieliczce: 5 elektryków zamiast 22 spalinowych

Burmistrz Wieliczki ogłosił sukces: pozyskaliśmy ponad 18 milionów złotych unijnego dofinansowania (z programu Fundusze Europejskie dla Małopolski) na projekt o łącznej wartości ponad 26 milionów złotych. Za te pieniądze gmina kupi 5 autobusów elektrycznych (jeden 12-metrowy i cztery 10-metrowe) oraz wybuduje stanowiska ładowania wraz z systemem informacji pasażerskiej. Sukces? Na pierwszy rzut oka tak. Jednak wystarczy spojrzeć na sąsiedni Andrychów, by entuzjazm natychmiast opadł i ustąpił miejsca twardej, finansowej rzeczywistości.

W Andrychowie za niemal tę samą kwotę – około 25–26 milionów złotych – gmina kupuje (też z dotacją UE) aż 22 fabrycznie nowe autobusy spalinowe (w tym 16 mniejszych i 6 większych), spełniające wyśrubowane normy emisji spalin.

Porównajmy to na chłodno:

  • Wieliczka: 5 autobusów elektrycznych za 26 milionów złotych.
  • Andrychów: 22 autobusy spalinowe za tę samą kwotę.

Warto zatem zadać publiczne pytanie: czy działanie Wieliczki ma jakikolwiek ekonomiczny sens?

Pułapka „darmowej” dotacji i realne koszty

Zwolennicy pomysłu burmistrza natychmiast podniosą argument: „Przecież dostajemy 18 milionów dotacji, a nasz wkład własny po odzyskaniu podatku VAT to tylko około 3,5 miliona złotych!”.

To prawda. Ale spójrzmy, co moglibyśmy zrobić z tymi 3,5 milionami na wolnym rynku, bez uwiązania unijnymi procedurami:

  • Za sam wkład własny moglibyśmy kupić 3-4 fabrycznie nowe, klasyczne autobusy 10-metrowe z nowoczesnymi silnikami Euro 6 – w pełni dostosowane do naszych dróg, bez żadnych rygorystycznych umów o trwałości projektu i bez konieczności budowy koszmarnie drogiej infrastruktury do ładowania.
  • Alternatywnie, za te same pieniądze moglibyśmy mieć 6-8 mniejszych autobusów lokalnych, które idealnie obsłużyłyby nasze sołectwa.

Co więcej, autobusy elektryczne to tykająca bomba kosztowa. Ich baterie z czasem drastycznie tracą na wydajności, a koszt ich wymiany po kilku latach spadnie w 100% na budżet naszej gminy. O tym, jak drogie jest utrzymanie elektryków, doskonale wie nawet Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego. Obsługując swoje linie autobusowo-kolejowe po Wieliczce, chętnie korzysta z usług przewoźników jeżdżących na spalinowych dieslach. Dlaczego? Bo to się po prostu opłaca.

Czy ktoś w wielickim magistracie w ogóle przygotował rzetelny biznesplan tej inwestycji? Prosta kalkulacja pokazuje, że zamiast mrozić 3,5 mln zł wkładu własnego w elektryki, gmina mogła w całości sfinansować z tych pieniędzy 5-letni leasing 5 nowoczesnych spalinówek. Po 5 latach spółka po prostu wykupiłaby te autobusy na własność za symboliczny 1% wartości, zyskując w pełni sprawną i tanią w utrzymaniu flotę na kolejne lata. W przypadku elektryków po podobnym okresie czeka nas tykająca bomba finansowa – konieczność wymiany zużytych baterii za blisko pół miliona złotych od sztuki, co w 100% obciąży kieszenie mieszkańców.

Omówiony przykład Wieliczki pokazuje, jak polityka i unijne dotacje psują samorząd i racjonalny rozwój, a środki UE są marnotrawione na ideologiczne projekty Zielonego Ładu.

https://www.facebook.com/Wieliczka/posts/pfbid0339RgXKWp1xAhUMWTAVYC6Sn1qjLoZHZMhfiBvsQf4re9owspUUe8zhhXAZJTcd1el?locale=pl_PL

https://www.wnp.pl/rynki/malopolskie-andrychow-kupi-22-nowe-autobusy-na-paliwo-hvo,1058371.html

Dlaczego w Polsce rodzi się tak mało dzieci?

Dlaczego w Polsce rodzi się tak mało dzieci? Szczera diagnoza.Bo całe państwo, szkoła i kultura robią wszystko, żeby jak najdłużej trzymać ludzi w stanie przedłużonego dzieciństwa:

  • Ulgi studenckie do 26. roku życia + ogromny nacisk „najpierw studia i kariera”.
    A dziś wiedza jest na wyciągnięcie palca – każdy ma internet, YouTube, kursy online. Nie trzeba 5 lat siedzieć na uczelni, żeby coś umieć.
  • Matki rozpieszczające synów i brak wpajania młodym chłopakom, że mają być odpowiedzialnymi mężami i ojcami.
  • Prawo rodzinne, które sprzyja konfliktom i łatwym rozwodom.
  • Masa wykształconych kobiet, które potem nie mają z kim założyć rodziny, bo mężczyzn w tym samym wieku z porównywalnym poziomem dojrzałości i ambicji jest coraz mniej.

Kwestia praw kobiet? Jak nic sie nie zmieni, tych praw nie będzie za 20 lat, bo nie będzie miał kto ich bronic przed szariatem.

Do tego marnujemy miliardy na dotowanie uczelni i kierunków, które same się nie utrzymają, podczas gdy ludzie miesiącami czekają do dentysty. Nie oszukujmy się, że pompowanie miliardów publicznych pieniędzy w badania naukowe nas uzdrowi, kiedy ludzie maja problem leczyć podstawowe problemy zdrowotne.

Dziś wiedze jest na wyciągniecie palca, a my tkwimy w archaicznym systemie, jak by wiedza była tylko w uczelnianych bibliotekach.

Na naukę nigdy nie jest za późno – na rodzicielstwo – tak. Co więcej, wychowanie dzieci sprawia, że ludzie stają się bardziej odpowiedzialni w pracy i nie traktują pracy jak całego swojego życia, nie szukają problemów tam, gdzie ich nie ma.

Czas na zmianę: Znieść większość ulg studenckich. Znieść wymóg studiów na stanowiska w administracji publicznej. Ograniczyć dotacje tylko do naprawdę potrzebnych kierunków studiów. Niech studiują tylko ci, którzy naprawdę tego chcą, a nie ci, co potrzebują papier do kariery w urzędzie i korpo. Niech młodzi wcześniej wchodzą w dorosłość, pracują i zakładają rodziny. Bo jak dalej będziemy hodować 28-latków „w fazie rozwoju”, to niedługo nie będzie kogo bronić – ani praw kobiet, ani Polski.

S7 z Krakowa potrzebuje osobnej specustawy.

Przemówienie na V Posiedzenie Zespołu ds. S7, 12 czerwca 2026

Dzień dobry państwu.

Nazywam się Bartłomiej Krzych, jestem radnym miejskim z Wieliczki i przedstawicielem Stowarzyszenia Otwarta Wieliczka. Mówię w imieniu mieszkańców, którzy zamiast szumu informacyjnego i prowokowania nowych protestów, oczekują powagi i rozsądnych decyzji.

Niestety, wycofanie się GDDKiA z listopadowych ustaleń podsyciło protesty, a prace tego zespołu idą w złym kierunku. Mamy kolejne bojkoty, a Dyrekcja zmienia zasady w trakcie gry – początkowe głosowanie zastąpiono mglistymi „formularzami opinii”.

Dzieją się rzeczy bezprecedensowe. Zamiast zawężać obszar analiz, poszerzamy go o Morawicę, a jednocześnie – na podstawie rzekomej ekspertyzy Krakowa – lekką ręką wyklucza się kluczowe Swoszowice i ich strefę uzdrowiskową C. Mamy sytuacje, gdzie uzdrowisko jakich wiele w Polsce, ma większą ochronę niż Kopalnia Soli wpisana do UNESCO. Tak nie można, ja kwestionuję wykluczenie tego obszaru. Skoro S7 może iść przez obszar C uzdrowiska Rabka, to może też w Swoszowicach. Prezydent Krakowa ten zespół zbojkotował. Doszło do sytuacji jak w przedszkolu: dzieciak, który najgłośniej płacze, dostaje to, czego chce. Mam jednak dobrą wiadomość: tego dzieciaka już nie ma, chociaż przedszkole zostało, o czym świadczą organizowane tu teatrzyki niektórych stron społecznych i samorządowych.

Przypomnijmy fakty. W listopadzie jako najlepszy rekomendowano Wariant E z węzła Tuchowska. Najtańszy, najszybszy, z najmniejszą liczbą wyburzeń. Zyskał rekomendację Dyrektora krakowskiego oddziału GDDKiA oraz aprobatę Wójta Sieprawia, Burmistrza Dobczyc i Starosty Myślenickiego. Niczego lepszego i bardziej akceptowalnego społecznie państwo nie wymyślicie. Co więcej, na węzeł Tuchowska istnieje rezerwa terenu, planowana jako kontynuacja S7 już w 1998 roku decyzją Wojewody! Tu chcę przyznać, że w mojej ocenie źle zachował się Burmistrz Wieliczki, negując ustalenia STEŚ, zamiast zaakceptować wariant E, tak jak Siepraw i Dobczyce.

Wracając do prac zespołu, jaki sens ma kolejna analiza wielokryterialna na obszarze, który zabudowuje się najszybciej w Polsce? Zanim zapadnie decyzja ZRID, mapy będą nieaktualne. Wariant, który dziś ma na papierze mniej wyburzeń niż inny, za 10 lat może mieć ich więcej. W międzyczasie samorządy będą mogły tworzyć nowe formy ochrony przyrody czy obiekty budowlane kolidujące z trasą S7.

Mój apel jest konkretny: przestańmy marnować czas i fundusze na analizy korytarzy skazanych na porażkę. Skoncentrujmy się na Wariancie E z węzła Tuchowska, ale poprzez osobną specustawę dotyczącą odcinka S7 Kraków-Myślenice. Panie dyrektorze, przedkładam Panu koncepcję takiej ustawy do przemyślenia. To nie jest lokalna sprawa, to jest droga która będzie służyć całej Polsce i Europie. I jest potrzebna.

Niech ten przebieg zatwierdzi Sejm i Prezydent. Ustawa musi przewidywać skrócone tryby zaskarżeń – wzorem CPK – oraz szybkie zajęcie nieruchomości z wyceną po cenach bieżących z premią dla mieszkańców. To wyjdzie Skarbowi Państwa znacznie taniej niż wykupy za 10 lat, gdy wolne przestrzenie zajmie nowa zabudowa, która często w tej okolicy jest luksusowa.

I na koniec. Niech wicepremier, minister i dyrekcja GDDKiA wreszcie się zdecydują: czy przyświeca im hasło robimy i nie gadamy, czy gadamy i nie robimy. Bo na razie fundujecie nam państwo to drugie.

Bartłomiej Krzych, Stowarzyszenie Otwarta Wieliczka, Radny Rady Miejskiej w Wieliczce

Tu link do koncepcji ustawy:

Całe nagranie z posiedzenia

https://www.youtube.com/live/C_RjCS8aDJc

Czy będziemy zdrowsi od SCT?

Strefy Czystego Transportu prezentowane są opinii publicznej jako narzędzie poprawy zdrowia mieszkańców miast. Kraków — pierwsze polskie miasto, które zdecydowało się na szerokie wdrożenie SCT — stał się też pierwszym, gdzie mieszkańcy w referendum odwołali prezydenta, który tę strefę wprowadził. To dobry moment, żeby zapytać na chłodno: czy SCT rzeczywiście czynią nas zdrowszymi?


Powietrze się poprawia. Ale czy dlatego żyjemy dłużej?

Nie ma wątpliwości, że jakość powietrza w Polsce poprawiła się w ciągu ostatnich dekad — likwidacja kopciuchów, modernizacja przemysłu i wymiana floty samochodowej przyniosły wymierny efekt. Stężenia pyłów zawieszonych spadają. W Krakowie stężenia tlenków azotu w 2025 roku osiągnęły poziom mieszczący się w obowiązujących normach — bez konieczności wprowadzania restrykcyjnej strefy. Warto jednak pamiętać, że ta poprawa dokonała się ogromnym kosztem społecznym i gospodarczym — wdrażania zielonego ładu, drastycznie rosnących cen energii oraz ograniczenia przemysłu, który stał się nierentowny właśnie z powodu tych kosztów. Innymi słowy: za czystsze powietrze już zapłaciliśmy — i to niemało.

Tu pojawia się paradoks, który organizacje ekologiczne wolą przemilczeć. Kraków przez lata figurował w rankingach najbardziej zanieczyszczonych miast Europy, normy powietrza były przekraczane, alarm smogowy ogłaszano dziesiątki dni w roku — a jednocześnie mieszkańcy Krakowa żyją najdłużej w Polsce, obok mieszkańców Gdańska i Gdyni. Jeśli zanieczyszczenie powietrza rzeczywiście miałoby decydujący wpływ na zdrowie, Kraków powinien znajdować się na końcu takich rankingów, nie na czele. Ten paradoks ma proste wyjaśnienie: o długości życia decyduje przede wszystkim dostęp do profesjonalnej opieki zdrowotnej. Duże miasta — niezależnie od jakości powietrza — mają go nieporównanie lepszy niż obszary wiejskie, gdzie powietrze bywa czystsze, ale do specjalisty jedzie się godzinę. To dostęp do kardiologów, onkologów i szpitali ratuje życie — nie zakaz wjazdu starym dieslem do centrum.

Podobny paradoks ujawniają dane Krajowego Rejestru Nowotworów — zachorowalność na raka płuc i tchawicy jest wyższa na czystym Pomorzu niż w „smogowej” Małopolsce.


Normy się zaostrzą. Ale czy będziemy zdrowsi?

Obrońcy SCT argumentują, że obecne normy jakości powietrza zostaną w 2030 roku zastąpione surowszymi, zgodnymi z rekomendacjami Światowej Organizacji Zdrowia. To prawda. Ale z faktu, że normy się zaostrzą, nie wynika automatycznie, że ich spełnienie przełoży się na poprawę zdrowia mieszkańców.

Przez ostatnie trzy dekady powietrze w Europie systematycznie się poprawiało — likwidowano przemysł ciężki, wprowadzano zielony ład, zaostrzano normy emisji. Mimo to zachorowalność na raka płuc nie maleje — wręcz rośnie. W 2012 roku w Europie odnotowano około 410 tysięcy nowych przypadków raka płuc. W 2022 roku — już 484 306, według danych GLOBOCAN Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC). Dekada poprawy jakości powietrza, a liczba zachorowań wzrosła o ponad 70 tysięcy. Coraz wyraźniej widać przy tym niepokojący trend: rośnie zachorowalność wśród osób, które nigdy nie paliły — zwłaszcza wśród młodych kobiet.


Warzywa groźniejsze niż spaliny?

Najnowsze badania rzucają nowe światło na przyczyny tego paradoksu. Naukowcy z University of Southern California przebadali 187 osób, u których raka płuc zdiagnozowano przed 50. rokiem życia — większość z nich nigdy nie paliła. Wyniki były zaskakujące: chorzy jedli zdrowiej niż przeciętny Amerykanin, osiągając wyższy wynik w indeksie jakości żywienia (65 punktów na 100, wobec średniej krajowej 57). Więcej warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych — i wyższe ryzyko raka płuc.

Badacze nie sugerują, że warzywa są szkodliwe. Ich hipoteza wskazuje na pestycydy stosowane w rolnictwie konwencjonalnym jako możliwy czynnik ryzyka. Produkty roślinne mogą zawierać ich więcej niż mięso czy nabiał. Wcześniejsze obserwacje pokazywały, że rolnicy zawodowo narażeni na pestycydy chorują na raka płuc częściej niż populacja ogólna. Wzrost zachorowań dotyczy szczególnie młodych niepalących kobiet — grupy, która częściej deklaruje dietę bogatą w produkty roślinne i która w ostatnich latach notuje rosnące wskaźniki zachorowań, mimo że powietrze w miastach jest coraz czystsze.

Jak podsumował główny autor badania, onkolog Jorge Nieva: wyniki te rodzą ważne pytania o nieznany czynnik środowiskowy związany z żywnością, która skądinąd jest korzystna dla zdrowia.


Kraków to nie Norylsk

Organizacje ekologiczne od lat komunikują problem zanieczyszczenia powietrza w Polsce językiem katastrofy — obrazami smogu, alarmami smogowymi, porównaniami do najbardziej zanieczyszczonych miejsc na świecie. Tymczasem rzeczywistość jest bardziej złożona. Polska powietrze — choć wciąż nie idealne — poprawiło się dramatycznie w ciągu ostatnich trzech dekad. Stężenia metali ciężkich, które jeszcze w czasach PRL były realnym zagrożeniem przy Nowej Hucie czy Hucie Skawina, dziś nie stanowią już poważnego problemu zdrowotnego. Kopciuchy w dużej mierze zniknęły. Stężenia tlenków azotu w Krakowie mieszczą się w normach.

Norylsk to miasto w Rosji, gdzie ciężki przemysł przez dekady dosłownie zatruwał mieszkańców ołowiem i niklem, a gleba wokół miasta jest martwa. Straszenie Polaków smogiem jak w Norylsku — przy obecnym stanie polskiego powietrza — to retoryczne nadużycie, które ma jeden cel: utrzymać społeczne przyzwolenie na kolejne regulacje i kolejne koszty. Mieszkańcy Krakowa to zrozumieli. Wynik referendum pokazał, że jest granica, za którą nakładanie kolejnych ograniczeń i kosztów społecznych — przy coraz mniejszych realnych efektach zdrowotnych — przestaje być akceptowane.


Krakowska SCT w Dubaju nie zmieniłaby nic

Dubaj to miasto bez kopciuchów, bez starych diesli, z flotą samochodową spełniającą najnowsze normy emisji. Mimo to pod, względem pyłów zawieszonych ma o wiele gorsze powietrze niż Kraków. Roczna norma stężenia pyłów w powietrzu w Dubaju przekroczona jest kilkukrotnie, a dobowe normy przekroczone są praktycznie codziennie. Gdyby wprowadzić tam krakowską Strefę Czystego Transportu, nie zmieniłoby to absolutnie nic — bo główną przyczyną zanieczyszczeń jest lokalne położenie, w tym pył pustynny, który też czasem dociera do Krakowa. Ale czy to powód do paniki i omijania Dubaju? Wręcz przeciwnie, nikt się tym nie przejmuje, miasto uchodzi za luksusowy kurort. Ten myślowy eksperyment dobrze ilustruje sedno problemu. Tam gdzie gdzie czynniki naturalne powodują przekroczenie norm powietrza, wpływ SCT jest marginalny, strefa niczego nie leczy. Tymczasem czynniki, które coraz wyraźniej wyłaniają się z badań jako kluczowe dla zdrowia — jakość żywności, pestycydy, stres, dostęp do opieki medycznej — pozostają poza zasięgiem jakiejkolwiek strefy transportowej.


Astma w Norwegii częstsza niż w Krakowie

Gdyby czyste powietrze było głównym czynnikiem chroniącym przed chorobami układu oddechowego, Norwegia powinna być krajem bez astmy. Norwegowie oddychają jednym z najczystszych powietrzy w Europie, ich flota samochodowa jest w znacznej mierze elektryczna, przemysłu ciężkiego praktycznie nie ma — a mimo to astma dotyka tam szacunkowo 8–11% populacji dorosłych, a wśród dzieci w wieku szkolnym nawet blisko 10%. Polska, straszonym smogiem i kopciuchami, notuje jeden z niższych odsetków zachorowań na astmę w całej Unii Europejskiej — szacunkowo 5,5–6,5% populacji. Różnica jest wyraźna i trudna do wytłumaczenia przez pryzmat jakości powietrza. Astma jest chorobą o złożonej, wieloczynnikowej etiologii, w której ogromną rolę odgrywają alergie, styl życia, ekspozycja na alergeny domowe oraz — jak sugerują najnowsze badania — jakość żywności i obecność pestycydów. Mechaniczne likwidowanie ostatnich diesli z krakowskich ulic przy pomocy restrykcyjnej strefy transportowej i ogłaszanie tego jako przełomu dla zdrowia publicznego jest działaniem, które nie ma pokrycia w danych epidemiologicznych.


SCT znikają we Francji

Zachodni entuzjazm dla restrykcyjnych stref transportowych wyraźnie stygnie — i to nie pod wpływem lobbystów przemysłu motoryzacyjnego, ale pod wpływem twardego rachunku ekonomicznego i społecznego. W kwietniu 2026 roku francuskie Zgromadzenie Narodowe przyjęło ustawę znoszącą strefy czystego transportu — przepis wprowadzony poprawką partii RN i LR, przegłosowany stosunkiem 275 do 225 głosów. Krytycy stref wskazywali wprost, że niesprawiedliwie karzą one biedniejsze gospodarstwa domowe. Ustawa trafia teraz do Senatu, a jej losy pozostają otwarte, ale sam fakt jej uchwalenia przez izbę niższą parlamentu jednego z największych krajów UE jest sygnałem nie do zignorowania.

Podobny sygnał płynie z Niemiec. Hamburg — miasto, które w 2020 roku uroczyście ogłosiło, że do 2030 roku cała flota komunikacji miejskiej będzie bezemisyjna — właśnie zamówiło ponad 150 nowych autobusów z silnikiem Diesla. Powód jest prosty: autobus elektryczny kosztuje dwa razy więcej niż spalinowy, infrastruktura ładowania jest zawodna, a ceny prądu sprawiają, że eksploatacja floty elektrycznej staje się nieopłacalna. Hamburg wybrał autobusy przystosowane do paliwa syntetycznego z bioodpadów — kompromis między ekologią a ekonomią, który pokazuje, że ideologia zielonego ładu zderza się z rzeczywistością nawet w krajach uważanych za wzór ekologicznej transformacji. Jeśli Francja cofa strefy, a Hamburg kupuje diesle, warto zapytać, na jakiej podstawie polskie miasta mają iść w kierunku coraz bardziej restrykcyjnych regulacji, których koszty społeczne rosną, a efekty zdrowotne są coraz trudniejsze do wykazania.


Złożoność, której nie widać w normach

Obraz wyłaniający się z tych danych jest jednoznaczny: zdrowie człowieka jest wypadkową dziesiątek czynników środowiskowych, genetycznych i społecznych. Jakość powietrza jest jednym z nich — ważnym, ale nie jedynym. Mechaniczne zaostrzanie norm emisji spalin, przy jednoczesnym ignorowaniu jakości żywności, pestycydów, poziomu stresu, dostępu do opieki medycznej czy infrastruktury komunikacyjnej, nie gwarantuje, że będziemy żyć dłużej i zdrowiej.

Najlepszym dowodem na to, że SCT nie uzdrowi Krakowa, jest to, co wydarzyło się podczas covidowych lockdownów w 2020 roku. Ruch samochodowy spadł o ponad 50%, obowiązywał już całkowity zakaz palenia węglem w piecach — a normy jakości powietrza w Krakowie i tak były przekraczane. Jeśli przy połowie samochodów i zerowym paleniu w piecach powietrze nadal nie spełniało norm, to zakaz wjazdu starym dieslem do centrum nie uzdrowi nikogo. Krakowskie SCT nie jest narzędziem zdrowotnym. Jest narzędziem kosztowym — dla mieszkańców, dla przedsiębiorców, dla całej aglomeracji. Mieszkańcy Krakowa to zrozumieli i powiedzieli to wprost w referendum. Pytanie postawione w tytule tego artykułu nie pozostaje otwarte. Odpowiedź brzmi: nie.

Zamiast S7 przez Wieliczkę – Zachodnia obwodnica Sygneczów-Kosocicka

Wieliczka dusi się w korkach. To brutalny fakt, będący efektem wieloletnich zaniedbań infrastrukturalnych oraz zbyt szybkiego, niekontrolowanego przyrostu zabudowy mieszkaniowej. Miasto stało się zakładnikiem własnej popularności jako sypialnia Krakowa, a obecny układ drogowy po prostu nie jest w stanie przyjąć takiej liczby samochodów. Według niektórych rozwiązaniem na wielickie korki mogłaby być trasa S7 we wschodnim wariancie. Trzeba jednak pamiętać, że Wieliczka ma już wschodnią obwodnicę. Prawdziwym, nierozwiązanym problemem pozostaje strona zachodnia. I tu warto rozważyć poniższą propozycję, która zamiast kosztownych inwestycji liniowych, stawia na sprytne wykorzystanie istniejących zasobów.

Koncepcja: Bypass Zachodni pod autostradą

Kluczem do odblokowania południowo-zachodniej części powiatu nie jest budowa trasy ekspresowej przez tereny zurbanizowane, ale mądre wykorzystanie infrastruktury, która już istnieje. Ciekawostką projektu jest istniejący przepust pod autostradą A4 w ciągu potoku Malinówka, o świetle wynoszącym 10 metrów, który można by wykorzystać pod drogę.

Dla porównania – droga klasy Z (zbiorcza), czyli standard drogi powiatowej lub wojewódzkiej, wymaga jedynie 6 metrów jezdni dla dwóch pasów ruchu. Przepust daje zatem nie tylko wymagane minimum, ale również zapas na pobocza lub bariery ochronne. Nie ma potrzeby budowy chodnika – to trasa przelotowa, nie ulica miejska. Najdroższy element typowej obwodnicy – przekroczenie autostrady – jest już gotowy i nie generuje żadnych kosztów inwestycyjnych.

Dlaczego to rozwiązanie ma sens?

Adaptacja zamiast budowy: wykorzystanie istniejącego przepustu pod A4 pozwala uniknąć budowy najdroższego elementu jakiejkolwiek obwodnicy – nowego wiaduktu nad autostradą.

Naturalny korytarz: przebieg trasy na długości ok 4 kilometrów wykorzystuje rejon potoku Malinówka i tereny niezabudowane na granicy gmin Kraków i Wieliczka w okolicy Baryczy, co minimalizuje wywłaszczenia. Większość korytarza nie jest przeznaczona pod zabudowę mieszkaniową w obowiązujących planach zagospodarowania, co czyni rezerwację terenu realną do przeprowadzenia już dziś.

Płynność ruchu: projekt zakłada trasę od skrzyżowania z drogą powiatową w Sygneczowie z maksymalnie trzema skrzyżowaniami – przy ul. Sadowej, Krzyszkowickiej oraz rondem za autostradą A4 przy ul. Kosocickiej. To nie ma być kolejna ulica z progami zwalniającymi, ale szybki łącznik pozwalający na utrzymanie stałej prędkości przelotowej.

Wpięcie w istniejącą sieć – klucz do sukcesu

Trasa nie wymaga budowy nowej infrastruktury po stronie krakowskiej. Ul. Kosocicka stanowi już dziś sprawne połączenie z węzłem Wielickim na A4 oraz ul. Krakowską, jedną z głównych arterii prowadzących do centrum Krakowa. Oznacza to, że nowy odcinek natychmiast po wybudowaniu staje się funkcjonalnym elementem sieci drogowej – nie ślepym zaułkiem czekającym na kolejne inwestycje. Rondo na połączeniu z ul. Kosocicką zapewni bezpieczne i płynne włączenie ruchu.

Realne korzyści

Ta trasa to ratunek dla osób dojeżdżających od strony Koźmic Wielkich, Sygneczowa czy Grabówek, czy kierunku Dobczyc. Obecnie tysiące aut są wpychane w wąskie gardła w centrum Wieliczki.

Dzięki połączeniu z ul. Kosocicką w Krakowie:

  • Odcinamy tranzyt od centrum – ruch z kierunku Dobczyc (DW 964) trafia bezpośrednio do Krakowa, nie wjeżdżając w ogóle do Wieliczki.
  • Odzyskujemy ul. Krakowską – mniej samochodów wjeżdżających od południa to mniejsze korki dla tych mieszkańców Wieliczki, którzy faktycznie muszą korzystać z głównych arterii miasta.
  • Skokowa oszczędność czasu – przejazd nowym 4-kilometrowym odcinkiem zajmie niecałe 3 minuty. Dziś, w godzinach porannych, pokonanie podobnego dystansu przez centrum Wieliczki to często 20-30 minut w korkach.

Efekt dodatkowy: ożywienie terenów inwestycyjnych przy Baryczy

Budowa obwodnicy to nie tylko korzyść dla kierowców. Gmina Wieliczka dysponuje w tym rejonie łącznie ponad 20 hektarami gruntów, z czego część posiada już w MPZP przeznaczenie usługowe, a część mogłaby zostać przekształcona. Dziś tereny te są słabo skomunikowane i przez to praktycznie niemożliwe do zagospodarowania przez poważnego inwestora. Dobra obsługa komunikacyjna zmienia ten obraz diametralnie – lokalizacja przy obwodnicy z bezpośrednim dostępem do węzła A4 to produkt, który zainteresuje największych graczy rynku logistycznego i magazynowego.

Co więcej, również miasto Kraków posiada po swojej stronie granicy tereny przy Baryczy, które dziś leżą odłogiem. Obwodnica otwierałaby możliwość ich zagospodarowania, co daje Krakowowi wymierny interes finansowy we współfinansowaniu inwestycji.

Finansowanie: projekt który się sam uzasadnia

Szacowany koszt inwestycji to 50–100 mln złotych. To poważna kwota, ale rozłożona na wielu partnerów – z których każdy ma własny, wymierny interes – staje się realna do udźwignięcia:

Gmina Wieliczka mogłaby wnieść wkład poprzez spredaż gruntów usługowych wycenianych na około 20 mln złotych (10 ha po 20 tys) – bez angażowania gotówki z budżetu. Inwestor logistyczny typu 7R, Panattoni czy InPost, zainteresowany zakupem działki przy nowej drodze, mógłby dołożyć kolejne 5-10 mln złotych jako partycypację w kosztach infrastruktury – to standardowa praktyka przy tego typu lokalizacjach. Miasto Kraków, jako beneficjent odciążenia sieci drogowej i potencjalny gospodarz nowych terenów inwestycyjnych przy Baryczy, ma argument by zasiąść przy stole jako współfinansujący. Powiat Wielicki i Województwo Małopolskie domknęłyby finansowanie jako zarządcy drogi wojewódzkiej DW 964. GDDKiA, dla której ta obwodnica stanowi realny wentyl bezpieczeństwa dla regularnie paraliżowanego węzła wielickiego na A4, również powinna być stroną rozmów.

To nie jest projekt szukający sponsora. To projekt, w którym każdy interesariusz ma wymierną korzyść finansową i polityczny powód, żeby przy stole siedzieć.

Wyzwanie: zbiorniki retencyjne i cena zaniedbania

Trzeba uczciwie przyznać, że koncepcja nie jest wolna od przeszkód. W ostatnich latach w dolinie potoku Malinówka wybudowano zbiorniki retencyjne dla Krakowa, które kolidują z optymalnym przebiegiem trasy. To realna komplikacja, która wymaga analizy projektowej i prawdopodobnie korekty przebiegu drogi w tym fragmencie.

Jednak warto powiedzieć to głośno: ta kolizja jest efektem wieloletniego zaniedbania tematu zachodniej obwodnicy. Gdyby korytarz drogowy został zarezerwowany w planach zagospodarowania odpowiednio wcześniej, zbiorniki powstałyby w innym miejscu albo z uwzględnieniem przyszłej drogi. Dziś płacimy cenę braku wyobraźni planistycznej – i jest to kolejny argument za tym, żeby nie zwlekać dłużej z wpisaniem tego korytarza do dokumentów planistycznych, zanim pojawią się kolejne kolizje.

Czas działa na niekorzyść

Każdy rok zwłoki to nowe osiedla, nowe zbiorniki, nowe inwestycje zamykające korytarz drogowy na kolejne dekady. Zachodnia obwodnica Wieliczki to nie jest projekt na przyszłość – to projekt, który powinien był powstać już dawno. Teraz chodzi o to, żeby nie przegapić ostatniej szansy na jego realizację.

A co z S7?

Realizacja wariantu E z Węzła Tuchowska to najbardziej oszczędna wersja odcinka Kraków – Myślenice. W tym wariancie jest najmniej wyburzeń a łączny koszt szacowany jest na ok 2 mld zł, względem 4 mld w innych wariantach. Te oszczędności GDDKIA mogłaby przeznaczyć na wsparcie budowy wspomnianej zachodniej obwodnicy Wieliczki, łącznika DK94 z węzłem Bieżanów na A4, czy dalszą przebudowę DK94 na bezkolizyjne skrzyżowania, zwłaszcza z drogą wojewódzką – ul. Niepołomską. Z pewnością korzyści z takiej alokacji środków publicznych byłyby dla wszystkich korzystniejsze, niż bardzo droga i mało sensowna budowa S7 z Węzła Bieżanów przez Wschód Wieliczki i okolice Dobczyc, z niewielką ilością węzłów na trasie do Myślenic.

23 miliony za widok z okna? Kulisy eko-skandalu w Raciborsku

Szczegółowe omówienie tematu w materiale na Youtube:

Ochrona przyrody to hasło, które zazwyczaj zamyka usta krytykom. Kto z nas nie chciałby chronić saren, rzadkich żab czy lilii złotogłów? Jednak w Raciborsku, pod płaszczem troski o ekosystem, rozegrano partię, która może doprowadzić do finansowego drenażu portfeli wszystkich mieszkańców gminy Wieliczka. Nad samorządem zawisło widmo gigantycznych odszkodowań, które mogą stać się realnym kosztem „panoramy z okna” dla garstki wybranych osób. Czy nowo utworzony „użytek ekologiczny” to faktycznie troska o naturę, czy może niezwykle kosztowny prezent dla politycznego hejtera sfinansowany z publicznych pieniędzy? Przyjrzyjmy się kulisom, bo konsekwencje tej sprawy mogą być bardzo nieprzyjemne, a ujawnią się za kilka lat – cięciami budżetowymi i podwyżkami opłat.

Cena „panoramy”: Rachunek na 23, a może i 50 milionów złotych?

Finansowy wymiar tej decyzji jest porażający. Teren objęty ochroną nie jest bezpańskim nieużytkiem – to grunty inwestycyjne, które już dwa lata temu rzeczoznawcy wyceniali na kwoty rzędu kilkudziesięciu milionów złotych. Ustanowienie zakazu zabudowy na terenie, gdzie deweloper posiadał już konkretne plany, otwiera prostą drogę do roszczeń, za które zapłacą podatnicy.

Kwota blisko 23 milionów złotych to jedynie wartość samych nieruchomości. Nie uwzględnia ona tzw. utraconych korzyści inwestora, który planował tam budowę osiedla „Panorama Raciborska” składającego się z 88 domów jednorodzinnych. Jeśli doliczyć do tego potencjalny zysk ze sprzedaży, ostateczne odszkodowanie może drastycznie wzrosnąć, obciążając budżet gminy na dekady.

„Wycena wartości obecnej zespołu nieruchomości dokonana przez biegłych rzeczoznawców wynosiła 22 770 000 PLN. […] Do października 2023 roku spółka posiadała ważne, prawomocne pozwolenia na budowę – dziewięć decyzji Starosty Wielickiego, których przedmiotem była budowa osiedla obejmującego 88 domów”.

— Fragment pisma spółki WillaNova do Gminy Wieliczka.

Ekologiczny absurd: Chronimy wykarczowaną łąkę, omijamy las i strumień

Analiza granic nowo utworzonego użytku obnaża hipokryzję tej decyzji. Choć nazwa sugeruje ochronę cennych walorów, obszar „Panorama Raciborska” to w dużej mierze teren, który został już wcześniej wykarczowany „do gołej ziemi” pod planowaną inwestycję.

Ironia polega na tym, że faktycznie cenne przyrodniczo miejsca zostały w uchwale pominięte. Dlaczego? Bo tam i tak nie można budować, więc ich „ochrona” nie przyniosłaby nikomu prywatnych korzyści w postaci zablokowania sąsiadów. Poza granicami użytku pozostały:

  • Strumień Kamyk,
  • Miejscowy wodospad,
  • Las znajdujący się na południu obszaru.

Zamiast nich, „ochroną” objęto ugory, na których – jak potwierdziły oględziny Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (RDOŚ) – dominują gatunki pospolite i inwazyjne:

  • Nawłoć,
  • Jeżyna.

To modelowy przykład ekologicznego absurdu: chronimy to, co zostało wygolone, tylko po to, by deweloper nie postawił tam domów, które zasłoniłyby widok obecnym mieszkańcom.

Prawny dualizm: Zabudowa i ochrona w tym samym dniu

Podczas sesji Rady Miejskie w Wieliczce 15 kwietnia 2026 r. doszło do legislacyjnego kuriozum, które trudno racjonalnie wytłumaczyć. Radni tego samego dnia przegłosowali dwie wzajemnie wykluczające się decyzje.

Z jednej strony ustanowiono użytek ekologiczny (całkowity zakaz zabudowy), a z drugiej – przyjęto studium uwarunkowań, w którym ten sam teren widnieje jako budowlany. Taka niespójność to dla prawników dewelopera prezent na tacy – idealna podstawa do zaskarżenia uchwały i walki o odszkodowanie. Co więcej, radny Daniel Lenik alarmował, że merytoryczne wydziały urzędu oraz sam burmistrz wydawali się zaskoczeni nagłym pojawieniem się tej uchwały w porządku obrad, co tylko podkreśla brak transparentności całego procesu. Zwracał uwagę na ryzyko odszkodowań, ale radni wybrani z komitetu Koalicji Obywatelskiej i Artura Kozioła się tym nie przejmowali.

W tle polityka i prywatne interesy: Świadek przeciwko radnemu

Przyglądając się beneficjentom tej decyzji, trafiamy na postać Michała Jędrzejewskiego, prezesa stowarzyszenia Ekopanorama i właściciela firmy Archiquest. Analiza map nie pozostawia złudzeń: granica ochrony kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się jego prywatna posesja w Raciborsku. Pan Michał zapewnił sobie zatem „święty spokój” i brak sąsiadów za cenę, którą zapłacą wszyscy Wieliczanie.

Pojawia się tu również wątek „politycznej wdzięczności”. Michał Jędrzejewski został zgłoszony jako świadek, który miał zeznawać przeciwko radnemu Bartłomiejowi Krzychowi w procesie z radnymi KO: Julią Kubać i Moniką Zamarlik – te same, które tak zaciekle walczyły o użytek. W sieci prezes Ekopanoramy nie szczędził też brutalnych słów pod adresem radnego Bartłomieja Krzycha.

„Dobrze że odkopaliście ten artykuł każdy może przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie o tym które świnie kwiczące dziś przeraźliwie że w korycie pływają tylko odchody nie miały z tym problemu gdy do tego koryta same te odchody dolewały smacznego”.

— Komentarz użytkownika „El Majk” (Michał Jędrzejewski) w mediach społecznościowych.

Metoda „na milczenie” i układ wicewojewody

Jak to możliwe, że użytek powstał mimo dwóch negatywnych opinii RDOŚ? Urzędnicy z Krakowa dwukrotnie punktowali, że dokumentacja jest nierzetelna, a teren nie ma wartości przyrodniczej. Za trzecim razem zastosowano jednak „milczącą zgodę”. Urząd po prostu nie odpowiedział w terminie 30 dni, co radni błyskawicznie wykorzystali jako zielone światło.

Ostatnią nadzieją na zablokowanie tego absurdu jest nadzór Wojewody. Tu jednak pojawia się kolejny polityczny aspekt. Pierwszą wicewojewodą małopolską jest Elżbieta Achinger – prywatnie mieszkanka Raciborska, a politycznie koleżanka partyjna radnych forsujących uchwałę (Platforma Obywatelska). Czy urząd wojewódzki odważy się uchylić uchwałę, która służy lokalnym interesom wpływowych sąsiadów z tego samego obozu politycznego?

Podsumowanie: Kto zgasi światło w Wieliczce?

Sytuacja finansowa Wieliczki od kilku lat jest trudna, a ta decyzja może być gwoździem do trumny. Zestawmy liczby: potencjalne 20–50 mln zł odszkodowania kontra 1,5 mln zł rocznego Budżetu Obywatelskiego – wstrzymanego od 3 lat z uwagi na kryzys. Mówimy o kwocie, za którą można by realizować lokalne projekty mieszkańców przez najbliższe 30 lat.

Czy stać nas na to, by cała gmina zadłużała się i rezygnowała z remontów dróg czy nowych linii autobusowych tylko po to, by sfinansować „fajny widok” kilku osobom z politycznymi koneksjami? To nie jest ochrona przyrody – to prywatyzacja kosztów i upolitycznienie ekologii. Rachunek za ten luksus „ekologa-hejtera”, po procesach sądowych, może przyjść za kilka lat, kiedy radnych głosujących za użytkiem już w radzie miejskiej nie będzie.

Poniżej treść interpelacji do Burmistrza Wieliczki w tej sprawie

Radne KO muszą zapłacić i przeprosić za kłamstwa. Wyrok prawomocny.

Poniżej wywiad dla Redakcji Pressmania.pl, która była obecna na rozprawie w Wieliczce.

Sąd Okręgowy w Krakowie utrzymał wyrok Sądu Rejonowego w Wieliczce, nakazujący dwóm radnym klubu Koalicji Obywatelskiej w Wieliczce zapłatę nawiązki i przeprosiny radnego Bartłomieja Krzycha z Otwartej Wieliczki.

Na przełomie lutego i marca 2025 radne Monika Zamarlik i Julia Kubać zarzuciły publicznie radnemu Krzychowi, że jako przewodniczący rady społecznej przy gminnym ośrodku zdrowia (SPZLO) zamiast poinformować radnych o posiedzeniu rady, zajmował się szerzeniem nienawiści w Internecie w związku z aferą wokół Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Wieliczce. Radny Bartłomiej Krzych uznał to za zniesławienie go jako przewodniczącego rady społecznej i radnego miejskiego.

Poniżej Bartłomiej Krzych odpowiada na pytania związane z tą sprawą.

Pressmania: Jak to się w ogóle zaczęło? Skąd te zarzuty?

Podczas sporu o budynek Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Wieliczce, Radna Zamarlik jako pierwsza 27 lutego 2025 napisała na największej wielickiej grupie Facebookowej, że zapomniałem poinformować radnych o posiedzeniu rady społecznej, bo zajmowałem się hejtem w internecie. Zwróciłem jej uwagę, że to nieprawda i że może to sama łatwo zweryfikować. Mimo to 1 marca, pod oszczerczym wpisem drugiej radnej Julii Kubać, kilkukrotnie w komentarzach utwierdzała ludzi w przekonaniu, że radna Kubać ma rację i że zaniedbałem swoje obowiązki. To było celowe, świadome działanie – tym bardziej, że na dwie skrzynki mailowe pani Zamarlik trafiło łącznie kilka maili z informacją o posiedzeniu rady społecznej, a w tych mailach było widoczne, że są wysyłane do wszystkich członków rady. Mogła to zweryfikować w każdej chwili. Jej działanie było ukierunkowane na dyskredytowanie mnie – co potwierdziła zresztą później swoim zachowaniem na sali rozpraw.

Pressmania: Jak przebiegał sam proces? 

W postępowaniu zeznawało pięciu świadków i wszyscy potwierdzili, że zawiadomienia o posiedzeniach rady społecznej były wysyłane w ten sam sposób od zawsze – sposób, który nigdy wcześniej nie budził żadnych zastrzeżeń. Podczas procesu obie oskarżone twierdziły, że zawiadomienia nie dotarły do członków rady, a następnie zmieniły narrację, że były wysyłane niezgodnie z regulaminem. Tłumaczyły sie tez problemami ze skrzynką mejlową. Świadkowie – w tym m.in. radni Małgorzata Krasoń i Daniel Lenik potwierdzili, że dostali zawiadomienia. Potwierdziła to również dyrektor i sekretarka ośrodka zdrowia. Szkoda, że świadkowie musieli marnować wakacyjny czas na wizytę w sądzie. Mnie wystarczyło troje świadków, jednak radne domagały się obecności jeszcze dwojga osób. Na nic to się zdało, bo i tak musieli mówić prawdę pod odpowiedzialnością karną. Radne, jako oskarżone nie zgodziły się natomiast odpowiadać na moje pytania, co też jest znamienne, bo jak ktoś jest niewiny, to nie boi się pytań.

Pressmania: Jaki ostatecznie zapadł wyrok?

Sąd Rejonowy w Wieliczce warunkowo umorzył postępowanie karne na okres 1 roku, zobowiązując obie radne do przeprosin i zapłaty w sumie dwóch tysięcy złotych na moją rzecz. Do samego końca proponowałem ugodę – obie ją odrzuciły, ani przed procesem, ani po nim nie chciały przystać na żadne warunki. Wyrok jest łagodny, biorąc pod uwagę, że cały materiał dowodowy przemawiał na moją korzyść. W mojej ocenie powinien być surowszy.

Pressmania: Podobno podczas rozprawy apelacyjnej padały bardzo mocne słowa. Co się tam wydarzyło?

Mam za sobą wiele spraw sądowych, ale takiej arogancji na sali rozpraw nie widziałem. W mowie końcowej radna Zamarlik stwierdziła wprost, że jeśli ten proces wygram ja, to wygra Polska faszystowska i antysemicka. Co to miało mieć wspólnego, z naszymi działaniami w ośrodku zdrowia czy radzie miejskiej? Ponadto oświadczyła, że niczego nie żałuje. Obie panie skupiły się na tym, żeby mnie zdyskredytować w oczach sądu. Padały wulgaryzmy, których sędziowie – wyjątkowo cierpliwie – tolerowali. Również adwokaci zachowywali się niestosownie próbując wymusić na sądzie zakaz nagrywania rozprawy, podczas gdy sąd nie miał prawa mi tego zakazać. Za to zachowanie złożyłem na nich skargę do Okręgowej Rady Adwokackiej, bo w pewnym momencie rozprawy padło żądanie wobec sędziego, aby sprawdził mój telefon, bo leży tak jak by nagrywał. A przecież ja miałem zgodę sądu na nagrywanie. Zrobiła sie niepotrzebna awantura.

Pressmania: Jak Pan ocenia postawę obu radnych jako osób pełniących funkcje publiczne?

O ile rozumiem pewną niedojrzałość wynikającą z młodego wieku radnej Kubać, o tyle postępowanie radnej Zamarlik jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe – to dojrzała kobieta z tytułem doktora. Wśród nieprawdziwych zarzutów, jakie padły pod moim adresem na rozprawie, było stwierdzenie, że jestem osobą bezrobotną. Nigdy nią nie byłem, nigdy nie byłem na zasiłku ani nie korzystałem z opieki społecznej. To, że nie pobieram wynagrodzenia za prowadzenie Stowarzyszenia Otwarta Wieliczka i nie sięgam po publiczne dotacje, to mój świadomy wybór – póki co stać mnie na to, żeby niezależnie działać społecznie. Dla niej widocznie jest to niezrozumiałe. Dla porównania, Pani Monika Zamarlik od kiedy została radną w 2024 z list Koalicji Obywatelskiej, weszła do rady nadzorczej spółki Powiatowy Park Rozwoju, za co dostała pieniądze. Ta spółka jest kontrolowana przez jej środowisko polityczne, a obecnie praktycznie nic nie robi dla mieszkańców. Według rejestru sądowego, spółka jest w likwidacji, a Radna Zamalik nadal figuruje w radzie nadzorczej. Ja działam inaczej. Po prostu wierzę, że dobro wraca, ale i karma wraca.

Pressmania: Czy ta sprawa wpłynęła na Pana relacje z innymi radnymi zasiadającymi w radzie społecznej?

Są w radzie osoby, które pewnie mnie nie darzą szczególną sympatią – choćby radne Małgorzata Krasoń i Elżbieta Sikora. Ale uczciwie powiem: obie sumiennie przychodziły na posiedzenia i publicznie mnie nie oczerniały. To jest minimum przyzwoitości, którego od każdego radnego można oczekiwać. Szczególnie wymowne jest to, że obie oskarżone radne miały najniższą frekwencję na posiedzeniach rady społecznej, a w internecie miały najwięcej do powiedzenia. Ostatecznie zrezygnowałem z funkcji w radzie społecznej, bo miałem dość sporów.

Pressmania: Czy to już koniec sądowych historii z Pana strony?

Mam za sobą wiele spraw sądowych i niestety pewnie będą następne, ale może dzięki temu wyrokowi będzie ich mniej. Niedawno wytoczyłem proces innemu radnemu za nieprawdziwe słowa pod moim adresem – tam adwokat doradził mu ugodę i sprawa zakończyła się szybko. W tej sprawie z radnymi KO słowa wypowiedziane pod moim adresem na sali sądowej mogłyby być podstawą do kolejnego powództwa o naruszenie dóbr osobistych – padło tam wiele obraźliwych sformułowań. Na marginesie, w Sądzie Okręgowym tą sprawą zajmowało się łącznie siedmiu sędziów, bo radne składały wnioski o wyłączenie kolejnych sędziów, co jest też smutnym dowodem kryzysu w sądownictwie.

Pressmania: Wiele osób boi się angażować w politykę właśnie ze względu na ataki słowne. Jak Pan sobie z tym radzi?

Jestem odporny na krytykę i sam często ostro krytykuję innych – bo złe działanie zasługuje na krytykę. Ale nigdy nie zmyślam i nie kłamię, żeby kogoś oczernić dla walki politycznej. To jest granica, której nie przekraczam. Działam niezależnie i konsekwentnie w interesie przejrzystości i gospodarności, co nie podoba się różnym układom politycznym. Wcześniej byłem już posądzany o działanie dla służb specjalnych, o to że Kopalnia Soli mi płaci, a ostatnio że zażądałem łapówki od dewelopera. To wszystko bzdury, ukierunkowane wyłącznie na to, żeby mnie wyeliminować. Może takie wyroki poprawią jakość debaty publicznej i więcej niezależnych i uczciwych osób odważy się zaangażować w życie społeczne? Bo bez tego niewiele się zmieni w Wieliczce jak i całej Polsce.

Pressmania: Co chciałby Pan powiedzieć na koniec?

Cieszę się, że wygrała prawda a nie polityka, bo przy roszadach z sędziami miałem wiele obaw. Dobrym posunięciem było wystąpienie o tryb jawny, dzięki cemu mogłem nagłaśniać proces przed opinią publiczną, co zmniejsza ryzyko politycznego wyroku. Ciesze się tym bardziej, bo byłem sam-bez adwokata, a oprócz dwojga radnych, miałem przeciwko sobie jeszcze ich troje adwokatów. Dziś oni wszyscy przegrali z jednym Panem Bartkiem.

Jestem zwolennikiem wolności słowa, ale wolność słowa to nie bezkarność. W dobie internetu pomówienie potrafi wyrządzić więcej krzywdy niż fizyczny cios. Obiecałem, że ten proces będzie jawny – i był. Udowodniłem ponad wszelką wątpliwość, że radne posługiwały się nieprawdą. Żałuję przede wszystkim zmarnowanego czasu – swojego i radnych. Wolałbym spierać się o plany zagospodarowania przestrzennego Wieliczki albo ochronę rzek, a nie odpierać fałszywe zarzuty w sądzie. Mam nadzieję, że radne KO wykonaja wyrok,  przeproszą publicznie i nie będą mnie oczerniać w przyszłości. Dziękuję redakcji za zainteresowanie tematem i obecność na rozprawie.

Pressmania: dziękujemy.