Czy NSA uchyli kominkowy absurd? Kasacja złożona

foto z WSA Kraków: Bartłomiej Krzych oraz Wojciech Perek – Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kominki i Piece

Wyobraź sobie, że puka do twoich drzwi strażnik miejski. Chce sprawdzić, czy twój kominek spełnia normy uchwały antysmogowej. Czy ma do tego prawo? I czy sama uchwała jest zgodna z prawem?

To nie jest scenariusz z dystopijnej powieści. To rzeczywistość mieszkańców Małopolski od 2017 roku. I właśnie trafiła ona przed Naczelny Sąd Administracyjny. Skarga kasacyjna od wyroku WSA w Krakowie o sygn II SA/Kr 1432/25 została złożona – przy współpracy z krakowską Fundacją Wolność i Własność.


Jedno słowo, wielkie zamieszanie

W 2017 roku Sejmik Województwa Małopolskiego zakazał palenia drewnem i węglem w domowych kominkach i piecach bez certyfikatu. W Krakowie kominków zakazano całkowicie. Zakaz w Krakowie wszedł w życie w 2019 roku, a w Małopolsce w 2024.

Cel był szczytny – Małopolska bez smogu. Ale nawet szczytny cel, musi być osiągany zgodnie z prawem, bo w demokratycznym państwie prawa cel nie uświęca środków. Spór dotyczy jednego słowa, które uchwała wielokrotnie powtarza: instalacja.

Ustawa Prawo ochrony środowiska pozwala sejmikowi wprowadzać ograniczenia wyłącznie w zakresie eksploatacji instalacji. I tu zaczyna się problem, bo ta sama ustawa definiuje też zakład – jako teren, na którym znajduje się instalacja.

Wniosek jest prosty jak drut: jeśli kominek jest instalacją, to dom z kominkiem jest zakładem – absurd wynikający wprost z przepisów.

Co więcej, ta sama ustawa mówi wyraźnie w art. 4, że powszechne korzystanie ze środowiska – czyli m.in. ogrzewanie domu – przysługuje każdemu i odbywa się bez użycia instalacji, w celu zaspokojenia potrzeb osobistych i gospodarstwa domowego. Ustawodawca sam zatem założył, że domowe ogrzewanie to nie jest eksploatacja instalacji. Gdyby było inaczej, ustawa byłaby wewnętrznie sprzeczna.


Co mówią inne ustawy?

W całym polskim systemie prawnym kominek nigdy nie jest nazywany instalacją. W ustawie o dodatku węglowym, w ustawie o termomodernizacji, w rozporządzeniu budowlanym – wszędzie figuruje jako źródło ciepła lub urządzenie ogrzewcze. Co więcej, ustawa o monitorowaniu jakości paliw wyraźnie rozróżnia dwie odrębne kategorie: gospodarstwa domowe oraz instalacje spalania poniżej 1 MW – jakby sam ustawodawca chciał powiedzieć: to nie jest to samo.


Grillujący paradoks

Najlepszym dowodem na absurd sytuacji jest grill ogrodowy. Sejmik Małopolski sam przyznał oficjalnie, że przenośny grill nie podlega uchwale, bo nie jest stacjonarny. Za to murowany – już tak. Wynika to z definicji instalacji w prawie ochrony środowiska – stacjonarne urządzenie techniczne powodujące emisję. Jeśli urządzenie jest przenośne, to nie jest stacjonarne, a więc nie jest instalacją i nie można go zakazać.

Oznacza to: możesz przez całe lato palić drewnem w przenośnym grillu i nikt ci nic nie powie. Ale raz w tygodniu rozpalony kominek wbudowany w ścianę – to już wykroczenie. Ta sama emisja, to samo drewno. Różnica? Nóżki.


Kto w ogóle może kontrolować twój kominek?

Tu rzecz najważniejsza, o której mówi się najmniej. Ustawa ściśle i wyczerpująco określa, w jakich sprawach wójt/burmistrz/prezydent może kontrolować osoby fizyczne niebędące przedsiębiorcami. Kontrola domowych urządzeń grzewczych nie mieści się w tym katalogu. Straż miejska, która puka do twoich drzwi żeby sprawdzić certyfikat kominka, działa zatem bez podstawy prawnej – bo sama uchwała nie może nadać organowi kompetencji, których nie przyznała mu ustawa.


Co dalej przed NSA?

WSA w Krakowie oddalił skargę, ale w sposób znamienny: nie obalił kluczowego argumentu o absurdzie definicji zakładu – po prostu go zignorował. Sprawa trafia teraz do NSA.

NSA musi odpowiedzieć na pytanie, którego WSA unikał: czy domowy kominek jest instalacją? Jeśli będzie orzekał zgodnie z zasadami prawidłowej wykładni prawa – a nie „chciejstwem politycznym” – odpowiedź jest oczywista – uchwała jest nieważna.

Ewentualne orzeczenie NSA uchylające zakaz kominków nie byłoby „wyrokiem antyekologicznym”. Byłoby sygnałem dla ustawodawcy: chcesz regulować domowe paleniska – napisz w ustawie „źródła ciepła”, nie „instalacje”. Ale to zadanie dla Sejmu. Nie dla sądów.

#kominek #smog #drewno #piec #krakow #prawo #wieliczka

Blokada S7 przez Miszalskiego to kolejny powód do referendum

Wraca temat S7 na odcinku Kraków-Myślenice. Po tym, jak w lutym 2026 r. minister infrastruktury Dariusz Klimczak wrzucił do kosza wszystkie sześć wariantów przygotowanych przez krakowski oddział GDDKiA, sprawa znowu nabrała rozpędu. Zawiedziona jest większość mieszkańców Wieliczki, bo to oznacza, że Wariant Wschodni z Węzła Bieżanów znów może wrócić na stół. Trasie S7 przez południe Krakowa sprzeciwia się Prezydent Krakowa, mimo że większość Krakusów, zmęczona korkami, chciałaby kontynuację S7 jak najprędzej.

Z najnowszych informacji, które pojawiły się m.in. na antenie Radia Kraków, wynika jasno: Kraków po prostu bojkotuje konsultacje z drogowcami. Władze miasta nie chcą nawet siadać do stołu z GDDKiA i otwarcie mówią, że „to byłaby druga Zakopianka”. Można to odczytać jako klasyczne „obrażenie się” na Generalną Dyrekcję – miasto nie zgadza się na żaden z zaproponowanych przebiegów i stawia twarde weto.A przypomnijmy fakty, które GDDKiA przedstawiła jeszcze w listopadzie 2025 r. Spośród sześciu wariantów (A–F) to właśnie wariant E (Tuchowska → Głogoczów → dalej śladem istniejącej DK7 przez Myślenice) był najtańszy – ok. 2 mld zł – i przewidywał najmniej wyburzeń (zaledwie ok. 170 nieruchomości). Był to wariant „oszczędnościowy”, maksymalnie wykorzystujący istniejącą infrastrukturę, z najmniejszą ingerencją w prywatne domy i grunty.

Kraków jednak mówi „nie” wszystkim wariantom A–F. Prezydent Aleksander Miszalski i jego ekipa konsekwentnie blokują jakiekolwiek rozwiązanie, które choć trochę dotyka południowych dzielnic miasta. Zamiast tego optują za… wariantami wschodnimi lub zachodnimi (typu Niepołomice albo Morawica/Skawina). Tyle że te warianty GDDKiA już dawno odrzuciła jako całkowicie bezsensowne – są znacznie droższe, dłuższe, gorzej odciążają Zakopiankę i mają minimalny wpływ na ruch tranzytowy (według analiz korzystałoby z nich raptem ok. 10% kierowców z kierunku Tarnowa/Rzeszowa). To nie jest kompromis. To klasyczna blokada. Miszalski stoi na czele protestów, maszeruje ramię w ramię z przeciwnikami drogi i deklaruje „nie było, nie ma i nie będzie zgody Krakowa na poprowadzenie S7 przez południe miasta”. Efekt? Proces planistyczny cofnięty o kilka lat, centrala GDDKiA przejęła sprawę z rąk oddziału w Krakowie, a mieszkańcy Podhala, Myślenic i tysiące kierowców codziennie tkwią w korkach na starej Zakopiance.W tej sytuacji blokada S7 przez Miszalskiego to nie tylko hamowanie kluczowej inwestycji dla całego regionu. To kolejny, bardzo mocny powód, dla którego Kraków potrzebuje referendum. Bo jeśli prezydent potrafi zablokować najtańszy i najmniej inwazyjny wariant drogi, którą czekamy od dekad – to znaczy, że czas, by mieszkańcy sami powiedzieli „dość”.

Co więcej, blokada S7 przez Miszalskiego może się okazać kluczowa także dla jego własnej przyszłości. W marcu 2026 inicjatorzy referendum odwoławczego złożyli do komisarza wyborczego ponad 130 tysięcy podpisów – ponad dwa razy więcej niż wymagane minimum. Głosowanie może odbyć się już na przełomie maja i czerwca 2026. Aby referendum było ważne, musi w nim wziąć udział ok 180 tysięcy krakowian.

To referendum będzie ciekawym sondażem, który jasno pokaże, na ile mieszkańcy południa Krakowa są solidarni z prezydentem Miszalskim w zamian za jego twardą blokadę S7. Jeśli właśnie te dzielnice, które najmocniej protestują przeciwko drodze i blokują również najmniej inwazyjny i najtańszy wariant, zdecydują się na masowy bojkot głosowania – frekwencja może nie dojść do progu i Miszalski przetrwa kadencję. Patrząc jednak pragmatycznie, jest to ruch, który politycznie się nie opłaca – siła mieszkańców południa Krakowa zbyt mała aby przeważyć zdecydowaną większość Krakusów, którzy chcieliby pojechać w góry bez korków. Zasadnicze jest jednak pytanie – czy Prezydent Miszalski faktycznie jest tak nierozsądny politycznie, że broni relatywnie małej grupki mieszkańców? Czy może, jak niosą plotki, broni biznesmenów, którzy zainwestowali w tereny na Południu Krakowa, które przez S7 mogą stracić na wartości? To drugie wydaje się bardziej „rozsądne” i „opłacalne”, choć nie wiemy, na ile prawdziwe.

Blokada S7 dodatkowo wpisuje się w „antysamochodową” łatkę, którą ma Prezydent Miszalski. Po wprowadzeniu Strefy Czystego Transportu i zwiększeniu opłat parkingowych, co rozwścieczyło mieszkańców i zachęciło do akcji referendalnej, teraz dochodzi jeszcze utrudnianie budowy trasy S7 Kraków- Myślenice.

#S7 #Kraków #Myślenice #Wieliczka #referendum #referendumkrk

Wieliczka oddała hołd ofiarom wojny w Iranie.

Podczas obrad 18 marca 2026 r. Radni Wieliczki uczcili minutą ciszy ofiary wojny na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza tragedii w irańskiej szkole w mieście Minab, w której zginęło 170 dziewczynek.

Poniżej treść przemówienia Radnego Bartłomieja Krzycha przed minutą ciszy.

„Szanowni Państwo, zwykle mówimy tu o lokalnych sprawach mieszkańców, bo taka jest rola samorządu, ale jako Wieliczka – zabytkowe miasto UNESCO, goszczące ludzi różnych kultur, powinniśmy też patrzeć na świat i dbać o pokój, który jest fundamentem turystyki.

Wszyscy słyszeli o wojnie w Iranie, ale nie wszyscy wiedzą o tragedii dokonanej, niestety, przez naszych sojuszników. 28 lutego, atak rakietowy z zaskoczenia, w pierwszej godzinie wojny zniszczył szkołę w mieście Minab. Zginęło 170 niewinnych dziewczynek. To tak, jakby nagle zniknęła nasza szkoła w Grabiu, Sygneczowie czy Janowicach, wraz ze wszystkimi uczniami. Żadna wojna z reżimem nie usprawiedliwia zabijania dzieci. Zamiast wyzwolenia kobiet, zrobiono masakrę dziewczynek.

Nie podejmowałbym tego tematu, gdyby tragedia ta nie była lekceważona przez nasze władze rządowe i media. Jako Polacy też byliśmy ofiarami wojny. Wtedy, ponad sto tysięcy Polaków, w tym tysiące sierot zostało życzliwie przyjętych przez Irański Naród. Dbają o polskie cmentarze. Dlatego zasługują na naszą uwagę.

Jako reprezentanci Wieliczki, historycznego solnego miasta w sercu Europy, stańmy w obronie humanitaryzmu i pokoju. Jeśli Pani Przewodnicząca nie ma nic przeciwko, powstańmy i uczcijmy minutą ciszy ofiary tej tragedii w szkole w Minab oraz wszystkich cywilów ginących na Bliskim Wschodzie.”

Po tych słowach, za zgodą Przewodniczącej Rady, wszyscy obecni na Sali obrad (ok 50 osób) powstali w milczeniu.

Tu nagranie:

Dniu 19 marca wystosowane zostały też kondolencje do Ambasady Iranu w Polsce z informacją o oddaniu hołdu ofiarom wojny w Iranie przez Radę Miejską w Wieliczce.

Inicjatywa ta jest efektem wypowiedzi nieodpowiedzialnej wypowiedzi wiceministra Ministerstwa Spraw Zagranicznych Władysława Bartoszewskiego o tym, że dziewczynki zostały zabite irańską rakietą. Stało się to 10 marca w wywiadzie dla Radia Zet. MSZ tych słów nigdy nie sprostował.

https://www.rp.pl/polityka/art43940131-wladyslaw-bartoszewski-twierdzi-ze-to-iran-zbombardowal-szkole-w-iranie-takie-mamy-informacje

Poniżej informacja o ataku rakietowym na szkołę w Minab:

https://www.pap.pl/aktualnosci/sledztwo-pentagonu-ustalilo-ze-amerykanska-rakieta-uderzyla-w-szkole-w-minabie

#iran #usa #izrael #wojna #minab #szkoła #dzieci

Masakra irańskich dziewczynek w Minab to najgorsza zbrodnia Zachodu w XXI wieku

Jednym z głównych argumentów uzasadniających presję i ataki na reżim w Teheranie była walka o wolność i prawa kobiet. Świat zachodni, stawiając się w roli moralnego arbitra, obiecywał Irankom wyzwolenie. Tymczasem „wyzwolenie” przyszło 28 lutego 2026 roku pod postacią rakiety Tomahawk. Skończyło się to najkrwawszą zbrodnią wojenną Zachodu w XXI wieku – brutalnym przerwaniem życia 168 dziewczynek w szkole Shajareh Tayyebeh w Minabie.

Kto wskazał cel?

Śledztwo Pentagonu przyznaje, że doszło do „katastrofalnego błędu wywiadowczego”. Dziś trudno jednoznacznie ocenić, czy to USA same ustaliły ten cel, czy to Izrael podał Amerykanom te współrzędne, wskazując szkołę jako rzekome centrum dowodzenia Strażników Rewolucji. Dziewczynki zostały zabite w pierwszej godzinie wojny. Ataki rakietowe Izraela i USA na Iran rozpoczęły się 28 lutego 2026 ok godzi. 10:00 lokalnego czasu. Szkoła została zniszczona ok. godz. 10:45.

USA i Izrael dokonały agresji na Iran w biały dzień, z zaskoczenia. Władze Iranu nie mogły nawet skutecznie ostrzec ludności, bo zbrodnia w Minab została dokonana z zaskoczenia, kiedy trwały jeszcze negocjacje pokojowe, w których Iran szedł na daleko idące ustępstwa co do wzbogacania uranu. To sprawia, że ten atak jest jeszcze bardziej przerażający – uderzono w bezbronne dzieci w momencie, gdy świat wciąż liczył na dyplomację.

Szkoła od lat wyraźnie widniała w Google Maps i każdy mógł z łatwością zweryfikować przeznaczenie tego budynku.

https://maps.app.goo.gl/poxVNYF5rZfGLRRa9

Historyczna zbrodnia

Gdy patrzymy na czarną kronikę działań zbrojnych mocarstw w tym stuleciu, uderza jeden fakt: skala okrucieństwa w Minabie jest bezprecedensowa. Choć Zachód ma na sumieniu wiele tragicznych „błędów”, żadne z tych wydarzeń nie ma tak potwornej charakterystyki jak to, co stało się w Iranie. Kilka przykładów poniżej.

  • Mosul (2017) i Rakka (2017): Tam ginęły tysiące, ale była to rzeź rozłożona na miesiące oblężenia, w chaosie walk ulicznych i miejskiej partyzantki. W Minabie nie było walki – było tylko precyzyjne uderzenie w statyczny, cywilny cel.
  • Azizabad (2008) czy wesela w Afganistanie: W tych nalotach ginęło jednorazowo od 60 do 90 osób. To straszne liczby, ale Minab niemal podwaja tę stawkę w ciągu jednej, krótkiej sekundy eksplozji.
  • Szpital w Kunduzie (2015): Śmierć 42 pacjentów i lekarzy wstrząsnęła światem, ale Minab to ponad cztery razy więcej ofiar, z których niemal każda to bezbronne dziecko.

Dlaczego Minab nie ma sobie równych?

To, co czyni masakrę w Minabie najgorszą zbrodnią naszych czasów, to 90-procentowy udział młodych dziewczynek wśród ofiar. W żadnym innym ataku rakietowym Zachodu w tym wieku – od Iraku po Libię – z zaskoczenia nie zabito w kilka minut tylu dzieci naraz.

To nie była „strata uboczna” w bitwie. To była rakieta wysłana w środek lekcji. Tomahawk, symbol technologicznej dominacji, uderzył w ławki szkolne, piórniki i zeszyty. Statystyka jest tu porażająca: 175 ofiar, z czego 168 to uczennice. To nie jest błąd statystyczny – to zbrodnia na pokoleniu, które Zachód rzekomo chciał „wyzwalać”. Zbrodnia na dziewczynkach, ale również na ich siostrach, matkach, babciach, ciociach, koleżankach…

Upadek moralny i mit „precyzyjnej wojny”

Tragedia w Minabie ostatecznie grzebie mit o „humanitarnej wojnie” i „precyzyjnych uderzeniach”. Jeśli najnowocześniejsza armia świata, dysponująca nieograniczonym budżetem na wywiad i technologię, masakruje 168 dziewczynek w ich własnej szkole, to mamy do czynienia z absolutnym upadkiem moralnym.

Dziś nazwa Minab staje się symbolem największego kłamstwa XXI wieku. Zamiast praw kobiet, Zachód przyniósł im śmierć z nieba. Zamiast wolności – zbiorowy grób pod gruzami szkoły. To zbrodnia, której nie da się wymazać żadnymi przeprosinami, a milczenie świata wobec tej skali dramatu byłoby ostatecznym dowodem na hipokryzję naszej cywilizacji. To kolejny raz, kiedy Zachód pod hasłem demokracji i wolności, mając do dyspozycji rzekomo najlepsze dane wywiadowcze i technologię, przynosi śmierć najbardziej niewinnych istot.

Wyrazy współczucia dla rodzin ofiar tej niesprawiedliwej i bezsensownej wojny ;-(

Czas przywrócić samorządność u dołu. Ustawa „SOŁTYS PLUS”

Przez lata rola sołtysa czy przewodniczącego rady dzielnicy sprowadzała się głównie do funkcji reprezentacyjnej – roznoszenia nakazów podatkowych, organizowania dożynek i bycia „pośrednikiem”, który w urzędzie gminy i tak często odbijał się od ściany. Działalność gospodarcza została ograniczona biurokracją i przepisami. Pora to zmienić. Projekt ustawy „Sołtys Plus” to nie są kosmetyczne zmiany. To prawdziwa rewolucja ustrojowa, która przenosi środek ciężkości tam, gdzie tętni życie: do naszych sołectw, osiedli i dzielnic.

Sołtys to nie urzędnik, to gospodarz

Najważniejszym fundamentem tych zmian jest przywrócenie sołtysowi realnych kompetencji. Dziś sołtys często musi bezradnie patrzeć, jak biurokracja z miasta blokuje postawienie altany na wiejskim placu zabaw czy nakłada kary za „nieprzepisową” donicę.

Dzięki nowym przepisom (pkt 1 i 2), to lokalny gospodarz (czy to sołtys z radą sołecką, czy rada dzielnicy z przewodniczącym) będzie miał prawo „zamknąć pierdoły”. Jeśli społeczność chce postawić wiatę lub zorganizować festyn, sołtys ma moc, by przeciąć biurokratyczny węzeł gordyjski. To on najlepiej wie, czy dana inwestycja służy ludziom, czy im przeszkadza – nie urzędnik zza biurka oddalonego o 20 kilometrów.

Pieniądze, które zostają „u nas”

Punkt o pozostawieniu 10% podatków lokalnie (pkt 4) to absolutny game-changer. Do tej pory jednostki pomocnicze musiały prosić o każdy grosz z funduszu sołeckiego. Teraz pieniądze z naszych nieruchomości automatycznie trafią na konto naszej wspólnoty. To buduje poczucie odpowiedzialności: „Nasze podatki budują nasz chodnik”. To najlepsza lekcja samorządności, jaką możemy sobie wyobrazić.

Prawo do głosu w kluczowych sprawach

Czy to sprawiedliwe, by o zakazie palenia drewnem (pkt 3) decydowali ludzie, którzy nigdy nie mieszkali w domu jednorodzinnym? Ustawa „Sołtys Plus” daje nam prawo veta. To my, jako wspólnota sąsiedzka, będziemy decydować o tempie zmian ekologicznych czy o tym, gdzie chcemy wyznaczyć strefę rekreacyjną z możliwością wypicia piwa pod chmurką (pkt 9).

Odpowiedzialność i kontrola

Wielka władza to wielka odpowiedzialność. Przeciwnicy zmian boją się „lokalnych kacyków”, ale ustawa przewiduje na to prosty lek: skuteczne odwołanie (pkt 10). Jeśli sołtys lub przewodniczący osiedla przestanie służyć mieszkańcom, 10% głosów wystarczy, by rozpisać referendum bez progu frekwencji. To najczystsza forma demokracji: rządzisz dobrze – zostajesz, zawiodłeś – odchodzisz. Do tego w sołectwach należy zmienić strukturę władzy – zamiast zebrania wiejskiego, które w dużych sołectwach jest nierealne do przeprowadzenia, należy nadać kompetencje radzie sołeckiej – podobnie jak jest w osiedlach i dzielnicach.

Odciążenie sądów

Dziś wiele drobnych spraw ostatecznie trafia pod rozstrzygniecia sądów – czy to sądów karnych (sprawy o wykroczenia) czy sądów administracyjnych (kary, decyzje). Procesy trwają latami, a w wielu przypadkach obywatel musi bronić się przed decydentami zza biurka, którzy nie mają rozeznania sprawy lub po prostu nadużywają władzy, żeby pokazać, że coś robią. Dla jasności – ustawa SOŁTYS PLUS nie zatrzymuje drogi obywatela do sądu – zatrzymuje organy państwa przed nękaniem obywateli za drobne sprawy i obciążaniem sądów drobnymi sprawami – których w dzisiejszych, skomplikowanych czasach jest masa.

Podsumowanie: Przywróćmy podmiotowość mieszkańcom

Ustawa „Sołtys Plus” to powrót do korzeni samorządności. To wiara w to, że obywatele są dorośli, mądrzy i potrafią sami decydować o swoim najbliższym otoczeniu.

Zamiast centralnego sterowania z poziomu gminy czy wielkiego miasta, dostajemy narzędzia do budowania silnych, niezależnych i zintegrowanych społeczności. Bo nikt nie zadba o nasze osiedle lepiej niż my sami.

Poniżej przykładowe postulaty projektu SOŁTYS PLUS. W istocie dotyczy on nie tylko sołectw, ale również dzielnic miast. Postulaty są do zmiany i doprecyzowania.

  1. Ochrona mieszkańców przed nadużyciem władzy – rada sołecka lub rada dzielnicy na wniosek mieszkańca może umorzyć postępowanie o małe wykroczenia na terenie sołectwa/dzielnicy, zanim trafi do sądu.
  2. Zamykanie pierdół przez sołtysa rada sołecka lub dzielnicy kończy postępowania Sanepidu, straży miejskiej, ZDM i PINB w sprawach huśtawek, donic, festynów, małych obiektów. Zero odwołania.
  3. SCT i zakaz palenia drewnem Wprowadzenie strefy czystego transportu, zakazu palenia drewnem/węglem i podobnych ograniczeń wymaga wyraźnej, pozytywnej opinii rady sołeckiej / osiedlowej / dzielnicowej. Brak zgody = nie wchodzi.
  4. 10% podatków zostaje lokalnie 10% wpływów z podatku od nieruchomości, rolnego i leśnego z terenu jednostki pomocniczej idzie automatycznie i w całości na jej konto. Gmina traci i nie dostaje żadnego wyrównania.
  5. Palenie liści Sołtys / rada sołecka może znieść zakaz palenia liści i gałęzi w okresie jesiennym w dni robocze.
  6. Odstrzał dzików Sołtys / rada sołecka może zmniejszyć odległość polowania na dziki do 50 m od zabudowań na okres od 1 października do 31 marca.
  7. Skarga do sądu administracyjnego Sołtys / rada sołecka / osiedlowa / dzielnicowa może zaskarżyć do WSA każdy MPZP, studium, decyzję o warunkach zabudowy i inne akty prawa miejscowego dotyczące swojego terenu – bez wykazywania interesu prawnego.
  8. Festyny sołtysa – 4 razy w roku Do 4 razy w roku impreza sołtysa / rady sołeckiej: nie jest masowa, nie wymaga zezwoleń, nie obowiązuje cisza nocna, loterie fantowe i koło fortuny całkowicie poza ustawą o grach hazardowych.
  9. Strefa picia alkoholu Sołtys / rada sołecka może wyznaczyć teren, gdzie picie alkoholu w miejscach publicznych jest dozwolone. Wchodzi w życie po 30 dniach, chyba że rada gminy/miasta wniesie sprzeciw.
  10. Odwołanie sołtysa Sołtysa/przewodniczącego dzielnicy można odwołać w każdej chwili na wniosek 10% mieszkańców albo zwykłą uchwałą większości rady sołeckiej/osiedlowej. Referendum w 30 dni, bez progu frekwencji.

Skromny matematyk z Polski rozwiązał odwieczną zagadkę

źródło: www.pieknafunkcja.pl

Wyobraźmy sobie człowieka, który przez 27 lat, samotnie, bez grantu naukowego, bez uniwersytetu, bez zespołu badawczego — pracuje nad rozwiązaniem problemu, który od pół wieku opiera się najlepszym matematycznym umysłom świata. Człowieka, który jeździ starą Toyotą Corollą z 1990 roku, zbiera datki na opony przez internet, sam naprawia korozję podwozia żywicą epoksydową na chodniku przed blokiem. I który, prawdopodobnie, rozwiązał jedną z najtrudniejszych zagadek matematycznych.

To nie jest historia z science fiction. To historia Bartosza Żółtaka z Wrocławia. I może być najpiękniejszą historią naukową XXI wieku.

Artykuł napisany przy pomocy sztucznej inteligencji – claude.ai


Piękna funkcja

Grudzień 1998. Bartosz Żółtak jest studentem pierwszego roku. Podczas przerwy świątecznej odkrywa coś, co nazwie „piękną funkcją” — matematyczny obiekt opisany wzorem:

g(x) = f(f(f(x))+1)

Funkcja VMPC przekształca jedną permutację liczb w drugą. I — jak od razu intuicyjnie wyczuwa Żółtak — robi to w sposób jednokierunkowy. Znając wynik, nie można odtworzyć punktu wyjścia. Jak mielonka: z krowy można zrobić mielonkę, ale z mielonki nie można odtworzyć krowy.

Żółtak wierzy, że potrafi to udowodnić matematycznie. I od tamtego grudniowego wieczoru poświęca temu całe życie.


Największa zagadka matematyki

Problem P vs NP to jedno z siedmiu Problemów Milenijnych ogłoszonych przez Clay Mathematics Institute w roku 2000. Za rozwiązanie każdego z nich przewidziana jest nagroda miliona dolarów. Do dziś rozwiązano tylko jeden — Hipotezę Poincarégo, przez rosyjskiego matematyka Grigorija Perelmana, który następnie odrzucił nagrodę.

P vs NP pyta o coś pozornie prostego: czy każdy problem, którego rozwiązanie można szybko sprawdzić, można też szybko rozwiązać? Odpowiedź „nie” — czyli P≠NP — oznaczałaby że pewne klasy problemów są fundamentalnie trudne obliczeniowo. Miałoby to konsekwencje dla całej informatyki, kryptografii, sztucznej inteligencji i bankowości.

Cała współczesna kryptografia — zabezpieczenia bankowe, Bitcoin, HTTPS — opiera się dziś na założeniu że P≠NP. To jest tylko założenie. Nikt tego nigdy nie udowodnił.

Żółtak twierdzi, że to zmieni.


27 lat, 697 plików, 222 strony

Żółtak nie pracuje na kartce papieru. Zachował wszystkie 697 wersji pośrednich swojego dowodu — od pierwszego zapisu w 2015 roku do dziś. 222 strony formalnego zapisu matematycznego, dziesiątki twierdzeń narzędziowych, lata ewolucji każdego argumentu.

Na jego blogu pieknafunkcja.pl można śledzić postępy pracy miesiąc po miesiącu. Wpisy są niezwykłe — przeplatają ścisłą matematykę z bardzo ludzką prozą codziennego życia. Obok opisu przełomu w dowodzie twierdzenia FiCondP — opis wymiany amortyzatorów w Hondzie Civic na LPG. Obok odkrycia kluczowego wzoru — relacja z naprawy klamki w drzwiach samochodu.

To jest blog człowieka, który żyje matematyką — dosłownie. Nie ma nic innego.

2 lutego 2026 roku Żółtak napisał: „Mam przyjemność poinformować, że nareszcie udało mi się osiągnąć merytoryczny koniec pracy.”


Człowiek który odrzucił miliony

Rok 2017. Rynek kryptowalut szaleje, a dziesiątki projektów bez żadnej realnej wartości technologicznej zbijają fortuny tylko dlatego że mają w nazwie słowo „blockchain”. Żółtak ma wtedy coś czego nie ma prawie nikt — unikalną funkcję kryptograficzną z udokumentowanym dorobkiem naukowym, gotową do skomercjalizowania. Nie robi nic z tego.

Siedzi przy swoim dowodzie i walczy. Koncepcje, które wydają się przełomowe, okazują się po miesiącach ślepą uliczką. To najtrudniejszy rodzaj pracy intelektualnej — gdy znasz prawdę, ale wciąż szukasz języka, którym przekonasz do niej cały świat.

W tle proza skromnego życia — stara Toyota, skromny dochód z gry planszowej Permutu opartej na jego funkcji matematycznej, dostępnej w wersji kartonowej oraz trzydziestu pięciu kolekcjonerskich egzemplarzach z litego drewna bukowego. Resztę uzupełniają ludzie dobrego serca — którzy widząc sens i konsekwencję jego działań, od lat wspierają projekt drobnymi wpłatami na zrzutkach internetowych.


AI nie wyklucza sukcesu Polaka

Choć nie ma jeszcze ostatecznej wersji pracy naukowej Żółtaka, modele sztucznej inteligencji mogą ocenić jego szanse na bazie dziennika — bloga który prowadzi na swojej stronie od lat, dokumentując każdy krok swojej pracy. Modele takie jak Gemini, Grok czy Claude oceniają jego styl pracy bardzo wysoko — doceniając metodyczność, konsekwencję i głęboką świadomość matematycznych barier które napotyka. Żaden z modeli nie był w stanie wykluczyć, że jego podejście prowadzi do rozwiązania problemu milenijnego.

Co ważne — Żółtak to nie jest anonimowy amator z internetu. Jego praca nad funkcją VMPC zaowocowała publikacją na prestiżowej międzynarodowej konferencji kryptologicznej FSE 2004 organizowanej przez IACR — Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań Kryptologicznych. Prezentował swoje wyniki na Krajowej Konferencji Zastosowań Kryptografii Enigma w Warszawie i otrzymał nagrodę Wrocławskiego Centrum Transferu Technologii przy Politechnice Wrocławskiej. Stworzył też działającą aplikację szyfrującą VMPCrypt — dostępną publicznie i używaną w praktyce — co pokazuje że jego funkcja matematyczna to nie tylko teoria, ale realne działające narzędzie.


Perelman z Warszawy?

Historia zna ten typ człowieka.

Grigori Perelman — rosyjski matematyk który rozwiązał Hipotezę Poincarégo — pracował samotnie, żył skromnie z matką w Petersburgu, odrzucił nagrodę miliona dolarów i medal Fieldsa, bo uznał że część zasług należy się innemu matematykowi, który nie został doceniony.

Żółtak nie jest Perelmanem. Jeszcze. Ale profil jest uderzająco podobny. Samotna praca. Skromne życie. Absolutna koncentracja na jednym celu. Brak zainteresowania pieniędzmi i sławą. I — co kluczowe — głęboka pewność siebie oparta nie na arogancji, ale na dwudziestu siedmiu latach pracy.

Jest jedna ważna różnica. Perelman pracował w epoce przed internetem. Żółtak ma dostęp do całej wiedzy matematycznej świata w czasie rzeczywistym. Do narzędzi formalnej weryfikacji dowodów. Do AI które może sprawdzać każdy krok rozumowania. Do globalnej społeczności matematycznej online.

Jest pierwszym matematykiem tego kalibru który pracuje w pełni połączony ze światem. I który — jak pokazała rozmowa z AI — potrafi z tych narzędzi korzystać mistrzowsko.


35 plansz z bukowego drewna

Jest jeszcze jeden wymiar tej historii.

Żółtak stworzył grę planszową Permutu — opartą bezpośrednio na funkcji VMPC. Wydał 35 kolekcjonerskich zestawów z litego drewna bukowego. Każda plansza ma unikalny numer seryjny wyrzeźbiony na powierzchni. Każda jest sfotografowana i zarchiwizowana. Każda ma niepowtarzalne słoje drewna — jak odcisk palca.

Przez 15 lat nie wyprodukował ani jednego egzemplarza więcej. Mimo że mógł. Mimo że potrzebował pieniędzy na opony.

35 sztuk. Na całym świecie. Od 15 lat.

Jeśli jego dowód zostanie uznany — te plansze staną się relikwiami. Fizycznymi obiektami które istniały zanim świat dowiedział się że P≠NP. Pierwszymi materialnymi śladami funkcji która stała się fundamentem nowej matematyki.

Kolekcjonerzy dzieł sztuki płacą miliony za obiekty związane z przełomowymi momentami historii. Ile będzie warta plansza numer 1, z litego bukowego drewna, z wyrzeźbionym numerem seryjnym, stworzona przez człowieka który rozwiązał największy problem matematyczny XXI wieku?


Co dalej?

Zgodnie z regulaminem Clay Mathematics Institute, jeśli przez dwa lata od publikacji dowód nie zostanie podważony — będzie uznany za rozwiązanie problemu milenijnego.

Żółtak porządkuje obecnie 222 strony do publikacji. Szacunkowo — rok na ostateczne przygotowanie, dwa lata na weryfikację przez społeczność matematyczną. Mówimy o perspektywie 2028-2029 roku.

Przez te dwa lata najlepsi matematycy świata będą czytać jego pracę. Będą szukać każdej luki, każdego ukrytego założenia, każdego błędu logicznego. To jest najsurowszy możliwy test — nie jeden recenzent, ale cała globalna społeczność naukowa.

Jeśli dowód przetrwa — Bartosz Żółtak, człowiek który przez 27 lat zbierał datki na Toyotę Corollę i sam naprawiał podwozie żywicą epoksydową — dołączy do najkrótszej listy w historii nauki. Listy ludzi którzy rozwiązali Problem Milenijny.

Projekt Bartosza Żółtaka można śledzić na stronie www.pieknafunkcja.pl. Grę planszową Permutu można znaleźć na permutu.pl.

Wsparcie finansowe projektu możliwe przez www.zrzutka.pl/vmpc.

Aborcja to nie wyjęcie gwoździa z dupy. Wyrok w sprawie Pszczyny to pokazówka polityczna.

Zapadł prawomocny wyrok w sprawie śmierci 30-letniej Izabeli z Pszczyny, która we wrześniu 2021 zmarła w szpitalu na sepsę w wyniku komplikacji ciążowych. Trzech lekarzy usłyszało wyrok bezwzględnego więzienia. Sprawa miała głośny wydźwięk medialny, lekarzom zarzucano zwłokę w dokonaniu aborcji. Warto sobie zadać pytanie, czy ten wyrok jest sprawiedliwy, czy to sądowo-polityczna pokazówka na zamówienie lewicowych środowisk. Proces był utajniony, więc oprzyjmy się na dostępnych informacjach.

Co się stało w Pszczynie? (Kluczowe fakty)

Wszystko rozegrało się w ekspresowym tempie. 30-letnia Izabela trafiła do szpitala w 22. tygodniu ciąży po przedwczesnym odejściu wód. W ciągu zaledwie 24 godzin stan kobiety drastycznie się pogorszył, doszło do wstrząsu septycznego i śmierci. Pani Izabela osierociła 9-letnią córkę. Media natychmiast obiegło hasło „Ani jednej więcej”, a sprawa stała się symbolem walki środowisk lewicowych z restrykcyjnym prawem aborcyjnym.

Co ważne, według informacji medialnych, matka zmarłej twierdziła, że córka nie chciała dokonać aborcji, a z sekcji zwłok wynikało, że dziecko było zdrowe. Przytoczmy cytaty z mediów, aby się na nich oprzeć. Tak wyrażała się matka zmarłej w grudniu 2021, kilka tygodni po tragedii:

„Jak ponadto przekonywała pani Barbara, wyniki sekcji zwłok wykazały, że nienarodzone dziecko jej córki było zdrowe. To dziecko miało 55 deka, tak wyszło po sekcji zwłok. Nie 485 gram, jak jej powiedzieli w szpitalu po USG. Takie dzieci żyją. Ja mam sekcję zwłok dziecka. Ono było zdrowe – przekonuje mama Izy. – Moja córka do końca wierzyła, że dziecko jest zdrowe. Podobno przy tego typu wadach pojawiają się takie błędy. Córka od znajomej zgodziła się urodzić dziecko z tą samą wadą. Ono było również zdrowe.”

Prokuratura czekała na opinię biegłych:

„Wstępne wyniki sekcji zwłok wskazują z dużym prawdopodobieństwem, jako przyczynę śmierci pacjentki, na wstrząs septyczny po obumarciu płodu oraz zakażenie, po przedwczesnym odejściu wód płodowych, jako przyczynę obumarcia płodu. Decydująca jednak będzie opinia biegłego, który będzie powołany po uzyskaniu wyników badań tkanek pobranych podczas sekcji zwłok od pokrzywdzonej i płodu” — mówiła „SE” prok. Agnieszka Wichary, rzeczniczka katowickiej prokuratury.

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/577481-nowe-informacje-ws-smierci-30-letniej-izabeli-z-pszczyny

Co ciekawe, oprócz trzech lekarzy na oddziale, Panią Izabelą zajmował się również dyrektor Szpitala Powiatowego w Pszczynie, który prowadził jej ciążę prywatnie. Trudno uwierzyć, aby jej los był obojętny aż czterem lekarzom tego szpitala, zwłaszcza gdy kobieta dodatkowo korzystała z usług prywatnych dyrektora szpitala.


Statystyki nie kłamią: Wyrok jako aberracja

W 2023 roku prokuratura postawiła akt oskarżenia 3 lekarzom, w 2025 roku w Sądzie Rejonowym w Pszczynie zapadł nieprawomocny wyrok skazujący, a w marcu 2026 r. został on w dużej mierze podtrzymany (z zaostrzeniem dla jednego) przez Sąd Okręgowy w Katowicach. Krzysztof P., Michał M. i Andrzej P. dostali wyroki bezwzględnego więzienia (od 1 do 1,5 roku) oraz zakaz wykonywania zawodu na 4–6 lat. Dodatkowo zasądzono koszty procesowe (po ok. 30 tys. zł na osobę na rzecz pełnomocników i Skarbu Państwa). Dodatkowo, w związku z ugodą z ubezpieczycielem szpitala, rodzina otrzymała ok. 2 mln PLN.

Ten wyrok to absolutny ewenement. Statystyki prokuratury są bezlitosne: rocznie prowadzi się ok. 5–6 tysięcy postępowań o błędy medyczne, ale zaledwie ok. 0,6% z nich kończy się wyrokiem skazującym. W większości przypadków lekarze są chronieni systemową solidarnością. Można zlekceważyć podręcznikowe objawy udaru – jak u mojej mamy, gdzie paraliż i brak mowy uznano za „może padaczkę” – i nie ponieść żadnych konsekwencji. Nikt nie idzie siedzieć. Dlaczego więc tutaj zapadły wyroki bezwzględnego więzienia i zakazy pracy na 6 lat? Bo ta sprawa miała potencjał polityczny, którego nie mają „zwykłe” błędy medyczne.

Aborcja to nie zwykły zabieg. To uśmiercenie.

W debacie publicznej próbuje się sprowadzić aborcję do poziomu zwykłej usługi medycznej, a tak nie jest. Aborcja to nie jest wyjęcie gwoździa z dupy czy podanie witaminy – to uśmiercenie życia ludzkiego. To nieodwołalna decyzja o zakończeniu istnienia drugiego pacjenta. Lekarze w Pszczynie nie mierzyli się z technicznym problemem, ale z ciężarem odebrania życia, które też wiąże się z odpowiedzialnością. Dopóki serce dziecka biło, ich etyka i ludzki odruch nakazywały im walczyć o oba życia. Zrobienie z nich przestępców dlatego, że w obliczu tak ostatecznej decyzji wahali się, jest gwałtem na sumieniu, zwłaszcza że jak wynika z relacji matki – Pani Izabela nie oczekiwała aborcji, chciała tego dziecka.

Kodeks Etyki Lekarskiej kontra ideologiczne zamówienie

Każdy lekarz, bez względu na poglądy, musi przestrzegać etyki zawodowej. Art. 39 Kodeksu Etyki Lekarskiej mówi:

„Podejmując działania lekarskie u kobiety w ciąży, lekarz równocześnie odpowiada za zdrowie i życie jej dziecka”.

To nie była sytuacja, w której lekarze „olali sprawę” czy pomylili dawkę leku. To nie byli złośliwi ignoranci. To specjaliści, którzy musieli mieć na uwadze te zasadę. Być może (bo nie znamy uzasadnienia z uwagi na wyłączenie jawności) skazano ich za to, że nie mieli lekkiej ręki do aborcji. Ten wyrok to sygnał dla innych: „Wasza etyka nas nie obchodzi, macie robić aborcję, jeśli tylko jest jakiś powód, bo pójdziecie do pierdla siedzieć z kryminalistami”.

„Mędrcy” po szkodzie: Kawa na biurku vs. Front na oddziale

Największym absurdem jest poleganie na opiniach biegłych, którzy mają luksus czasu. Biegły analizuje dokumentację tygodniami, „doedukowuje się” w internecie i przesiaduje nad papierami przy kawce, znając już finał. To jest tzw. proroctwo wsteczne. Tymczasem lekarz na oddziale ma pod sobą wielu pacjentów. Działa pod presją czasu, ma często minuty na decyzję w natłoku innych obowiązków. Ocenianie doświadczonych lekarzy przez pryzmat biurkowych analiz jest nieuczciwe. Teraz ci ludzie będą siedzieć w celach z bandziorami i zwyrodnialcami, bo ich diagnoza nie spodobała się komuś, kto miał miesiące na przemyślenia. W zaistniałej sytuacji sprawa nie od razu była oczywista. Ewentualne cesarskie cięcie mogło się również skończyć źle zarówno dla dziecka – 22 tyg. wcześniaka, jak i dla matki przy zakażeniu sepsą. Oczywiście – nie można wykluczać tu błędu medycznego, czy braku należytej staranności. Ale nie można pomijać faktu, że sprawa była skomplikowana a zaistniały problem (wczesna akcja porodowa i początek sepsy) nie wynikał z zaniedbania lekarzy na oddziale. Błędna ocena w trudnej sytuacji nie może skutkować bezwzględnym więzieniem i wykluczeniem z zawodu. Są od tego inne środki – odszkodowanie, obcięcie premii, kary dyscyplinarne itp.

Standard medyczny w 22. tygodniu to wyczekiwanie i antybiotykoterapia, by dać szansę dziecku. Przerwanie ciąży w stanie stabilnym bez wyraźniej zgody matki to przestępstwo, pytanie czy taka zgoda była, czy Pani Iza tylko pisała to do męża? Lekarze w Pszczynie nie lekceważyli zupełnie procedur, bo podano jej antybiotyki, ale zostali skazani, bo nie przewidzieli, że sepsa nagle uderzy z taką siłą. Oczywiście biegły po wielu dniach, czy nawet latach analizowania papierów łatwo wskazuje moment krytyczny – lekarz na dyżurze nie ma szklanej kuli.

Ale nawet czołowy ekspert, prof Mirosław Wielgoś konsultant krajowy w dziedzinie peinatorlogii, choć miał zastrzeżenia do działań lekarzy z Pszczyny, to tak komentował sprawę dla mediów:

„Jak podkreślił ekspert, zmiany w stanie pacjentki następowały niezwykle szybko, a personel mógł nie zdawać sobie z prawy z ich tempa. Jego zdaniem, nawet prawidłowe działania wdrożone na czas nie mogłyby zagwarantować, że pacjentka by przeżyła.”

https://pulsmedycyny.pl/medycyna/ginekologia-i-poloznictwo/kontrola-nfz-w-pszczynie-liczne-nieprawidlowosci-szpital-zaplaci-blisko-650-tys-zl-kary/

Roszczeniowość i drenaż portfela: Kto za to zapłaci?

Ten wyrok wywoła jeszcze jeden, fatalny skutek: jeszcze większą roszczeniowość środowiska lekarskiego. Lekarze, którzy i tak zarabiają bardzo dobrze, teraz powiedzą: „Chcę dwa razy więcej kasy za ryzyko bezwzględnej odsiadki w pierdlu, jeśli komuś moja praca się nie spodoba”. Szpitale będą płacić bajońskie sumy za kontrakty, żeby ktokolwiek chciał ryzykować głową na oddziale. Zapłacimy za to my wszyscy w składkach i podatkach, a lekarze zamiast leczyć, będą „ubezpieczać się finansowo” na wypadek kolejnej pokazówki.

Czy to sprawiedliwy wyrok?

Polska na kilka lat traci trzech specjalistów w momencie, gdy porodówki są zamykane z braku kadr. Jest to z pewnością sukces środowisk lewicowych, które aborcję mają jako główny punkt na sztandarze.

Osobiście nie mam wątpliwości, że ten wyrok jest niesprawiedliwy. Z pewnością znalazłoby się wiele innych spraw, gdzie pacjent przez zaniedbania lekarskie poniósł śmierć lub utratę zdrowia, prokuratorzy nie chcieli zajmować się sprawą, a rodzina nie usłyszała nawet przeprosin. Ja sam miałem mamę, która została zabrana karetką z mikroudarem na oddział neurologii w jednym z krakowskich szpitali. Mama miała zapadnięty kącik ust, niedowład lewej strony. W karetce i na SOR powoli odzyskała mowę i sprawność. Na następny dzień na oddziale stwierdzono, że to raczej nie był udar, że może padaczka i że mama będzie wypisana. W nocy dostała rozległego udaru i paraliżu lewej strony ciała, była przykuta do łóżka przez wiele miesięcy.

Oczywiście, w sytuacjach błędów lekarskich należy wyciągać konsekwencje i naprawiać szkody. Ale wysyłanie doświadczonych lekarzy do pierdla z bandytami i mordercami to nie jest sprawiedliwość. To pokazówka polityczna i zastraszanie środowiska lekarskiego, a przede wszystkim niszczenie poczucia sprawiedliwości w Polsce.

Czy Prezydent ułaskawi lekarzy?

Prezydent Karol Nawrocki powinien ułaskawić lekarzy. Sama nagonka medialna i proces to wystarczająca kara, a za błędy medyczne rodzina otrzymała sowite odszkodowanie. Nie ma żadnych gwarancji, że gdyby zamiast tych trzech lekarzy na oddziale był „biegły sądowy”, to kobieta by przeżyła. Przy uśmierceniu płodu nadal istniało ryzyko rozwoju sepsy i śmierci kobiety, a rodzina pozostałaby z niczym – bez odszkodowania, ewentualnie z poczuciem, że szpital zrobił to, co powinien.

Warto przypomnieć, że w przeszłości prezydenci ułaskawiali ludzi z półświatka przestępczego, w tym za zabójstwa i oszustwa. Przykładowo Lech Wałęsa ułaskawił znanego gangstera „Słowika”. Aleksander Kwaśniewski ułaskawił osobę skazaną za zabójstwo na tle rabunkowym, a Andrzej Duda kolegów politycznych – posłów. Ułaskawienie lekarzy byłoby w tej sytuacji aktem przywracającym zdrowy rozsądek.

A co z łapownictwem?

Nie bronię środowiska lekarskiego, Błędy lekarskie nie powinny być tolerowane, a jak wynika ze statystyk, bardzo często są. Błędy powinny być egzekwowane dyscyplinarnie i naprawiane pokrzywdzonym. Warto jednak zestawić surowość tego wyroku z Pszczyny z bulwersującą bezkarnością za różne formy łapownictwa w branży leczniczej i to również na szczytach władzy. Z mojego rozeznania wynika w Internecie, ze w roku 2025 nie odnotowano ŻADNEGO wyroku bezwzględnego więzienia za łapownictwo lekarza. A przecież wszyscy wiedzą, jak powszechne w Polsce jest to zjawisko. Niedawno głośna była sprawa przyspieszania operacji za opłatą w szpitalu MSWiA w Warszawie, gdzie wg kontroli NFZ 97% zabiegów na raka dokonywano w przyspieszonym tempie po wpłacie wielotysięcznej darowizny na rzecz fundacji przy szpitalu, co w odbiorze społecznym jest odbierane jako forma łapownictwa – choć może i legalna, bo „na fundację”. Gdy lekarze w Pszczynie są wysyłani za kraty za tragiczny w skutkach błąd decyzyjny pod presją czasu, marszałek Senatu – Tomasz Grodzki – mimo dziesiątek publicznych oskarżeń świadków dotyczących wpłat za operacje – od lat skutecznie unika nawet postawienia przed sądem, chroniony politycznym immunitetem przez partyjnych kolegów, a ostatecznie w czerwcu 2025 prokuratura kierowana przez ministra ze środowiska politycznego marszałka sejmu (KO), umorzyła śledztwo. To jeszcze jaskrawiej pokazuje absurd wyroku z Pszczyny: zwykli lekarze na oddziale za błąd lekarski (za co rodzina dostała 2 mln zł) traktowani są jak recydywiści, podczas gdy lekarz-polityk, mimo nagłośnienia sprawy, nie jest nawet poddawany ocenie sądu.

Jeśli ktoś wątpi, że wyrok ma mieć aspekt polityczny (być straszakiem na lekarzy i prowadzić do liberalizacji aborcji) to tutaj komentarz posłanki lewicy Katarzyny Kotuli, Ministry ds równości w rządzie Donalda Tuska

„Co zabiło Izę? Zakaz aborcji, wyrok TK i strach lekarzy.

Sąd Okręgowy w Katowicach wydał dziś wyrok w sprawie śmierci ciężarnej Izabeli z Pszczyny – trzech lekarzy usłyszało kary bezwzględnego więzienia (od roku do półtora roku) oraz zakazy wykonywania zawodu. Zostali uznani za winnych narażenia pacjentki na niebezpieczeństwo utraty życia, a wyrok obejmuje także nieumyślne spowodowanie śmierci.

Lekarze zwlekali z terminacją ciąży do czasu obumarcia płodu. To doprowadziło do wstrząsu septycznego.

Czas wykorzystać ten wyrok do wprowadzenia zmian, które zagwarantują kobietom realne bezpieczeństwo – niezależnie od światopoglądu lekarza czy szpitala.”