Radne KO muszą zapłacić i przeprosić za kłamstwa. Wyrok prawomocny.

Poniżej wywiad dla Redakcji Pressmania.pl, która była obecna na rozprawie w Wieliczce.

Sąd Okręgowy w Krakowie utrzymał wyrok Sądu Rejonowego w Wieliczce, nakazujący dwóm radnym klubu Koalicji Obywatelskiej w Wieliczce zapłatę nawiązki i przeprosiny radnego Bartłomieja Krzycha z Otwartej Wieliczki.

Na przełomie lutego i marca 2025 radne Monika Zamarlik i Julia Kubać zarzuciły publicznie radnemu Krzychowi, że jako przewodniczący rady społecznej przy gminnym ośrodku zdrowia (SPZLO) zamiast poinformować radnych o posiedzeniu rady, zajmował się szerzeniem nienawiści w Internecie w związku z aferą wokół Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Wieliczce. Radny Bartłomiej Krzych uznał to za zniesławienie go jako przewodniczącego rady społecznej i radnego miejskiego.

Poniżej Bartłomiej Krzych odpowiada na pytania związane z tą sprawą.

Pressmania: Jak to się w ogóle zaczęło? Skąd te zarzuty?

Podczas sporu o budynek Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Wieliczce, Radna Zamarlik jako pierwsza 27 lutego 2025 napisała na największej wielickiej grupie Facebookowej, że zapomniałem poinformować radnych o posiedzeniu rady społecznej, bo zajmowałem się hejtem w internecie. Zwróciłem jej uwagę, że to nieprawda i że może to sama łatwo zweryfikować. Mimo to 1 marca, pod oszczerczym wpisem drugiej radnej Julii Kubać, kilkukrotnie w komentarzach utwierdzała ludzi w przekonaniu, że radna Kubać ma rację i że zaniedbałem swoje obowiązki. To było celowe, świadome działanie – tym bardziej, że na dwie skrzynki mailowe pani Zamarlik trafiło łącznie kilka maili z informacją o posiedzeniu rady społecznej, a w tych mailach było widoczne, że są wysyłane do wszystkich członków rady. Mogła to zweryfikować w każdej chwili. Jej działanie było ukierunkowane na dyskredytowanie mnie – co potwierdziła zresztą później swoim zachowaniem na sali rozpraw.

Pressmania: Jak przebiegał sam proces? 

W postępowaniu zeznawało pięciu świadków i wszyscy potwierdzili, że zawiadomienia o posiedzeniach rady społecznej były wysyłane w ten sam sposób od zawsze – sposób, który nigdy wcześniej nie budził żadnych zastrzeżeń. Podczas procesu obie oskarżone twierdziły, że zawiadomienia nie dotarły do członków rady, a następnie zmieniły narrację, że były wysyłane niezgodnie z regulaminem. Tłumaczyły sie tez problemami ze skrzynką mejlową. Świadkowie – w tym m.in. radni Małgorzata Krasoń i Daniel Lenik potwierdzili, że dostali zawiadomienia. Potwierdziła to również dyrektor i sekretarka ośrodka zdrowia. Szkoda, że świadkowie musieli marnować wakacyjny czas na wizytę w sądzie. Mnie wystarczyło troje świadków, jednak radne domagały się obecności jeszcze dwojga osób. Na nic to się zdało, bo i tak musieli mówić prawdę pod odpowiedzialnością karną. Radne, jako oskarżone nie zgodziły się natomiast odpowiadać na moje pytania, co też jest znamienne, bo jak ktoś jest niewiny, to nie boi się pytań.

Pressmania: Jaki ostatecznie zapadł wyrok?

Sąd Rejonowy w Wieliczce warunkowo umorzył postępowanie karne na okres 1 roku, zobowiązując obie radne do przeprosin i zapłaty w sumie dwóch tysięcy złotych na moją rzecz. Do samego końca proponowałem ugodę – obie ją odrzuciły, ani przed procesem, ani po nim nie chciały przystać na żadne warunki. Wyrok jest łagodny, biorąc pod uwagę, że cały materiał dowodowy przemawiał na moją korzyść. W mojej ocenie powinien być surowszy.

Pressmania: Podobno podczas rozprawy apelacyjnej padały bardzo mocne słowa. Co się tam wydarzyło?

Mam za sobą wiele spraw sądowych, ale takiej arogancji na sali rozpraw nie widziałem. W mowie końcowej radna Zamarlik stwierdziła wprost, że jeśli ten proces wygram ja, to wygra Polska faszystowska i antysemicka. Co to miało mieć wspólnego, z naszymi działaniami w ośrodku zdrowia czy radzie miejskiej? Ponadto oświadczyła, że niczego nie żałuje. Obie panie skupiły się na tym, żeby mnie zdyskredytować w oczach sądu. Padały wulgaryzmy, których sędziowie – wyjątkowo cierpliwie – tolerowali. Również adwokaci zachowywali się niestosownie próbując wymusić na sądzie zakaz nagrywania rozprawy, podczas gdy sąd nie miał prawa mi tego zakazać. Za to zachowanie złożyłem na nich skargę do Okręgowej Rady Adwokackiej, bo w pewnym momencie rozprawy padło żądanie wobec sędziego, aby sprawdził mój telefon, bo leży tak jak by nagrywał. A przecież ja miałem zgodę sądu na nagrywanie. Zrobiła sie niepotrzebna awantura.

Pressmania: Jak Pan ocenia postawę obu radnych jako osób pełniących funkcje publiczne?

O ile rozumiem pewną niedojrzałość wynikającą z młodego wieku radnej Kubać, o tyle postępowanie radnej Zamarlik jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe – to dojrzała kobieta z tytułem doktora. Wśród nieprawdziwych zarzutów, jakie padły pod moim adresem na rozprawie, było stwierdzenie, że jestem osobą bezrobotną. Nigdy nią nie byłem, nigdy nie byłem na zasiłku ani nie korzystałem z opieki społecznej. To, że nie pobieram wynagrodzenia za prowadzenie Stowarzyszenia Otwarta Wieliczka i nie sięgam po publiczne dotacje, to mój świadomy wybór – póki co stać mnie na to, żeby niezależnie działać społecznie. Dla niej widocznie jest to niezrozumiałe. Dla porównania, Pani Monika Zamarlik od kiedy została radną w 2024 z list Koalicji Obywatelskiej, weszła do rady nadzorczej spółki Powiatowy Park Rozwoju, za co dostała pieniądze. Ta spółka jest kontrolowana przez jej środowisko polityczne, a obecnie praktycznie nic nie robi dla mieszkańców. Według rejestru sądowego, spółka jest w likwidacji, a Radna Zamalik nadal figuruje w radzie nadzorczej. Ja działam inaczej. Po prostu wierzę, że dobro wraca, ale i karma wraca.

Pressmania: Czy ta sprawa wpłynęła na Pana relacje z innymi radnymi zasiadającymi w radzie społecznej?

Są w radzie osoby, które pewnie mnie nie darzą szczególną sympatią – choćby radne Małgorzata Krasoń i Elżbieta Sikora. Ale uczciwie powiem: obie sumiennie przychodziły na posiedzenia i publicznie mnie nie oczerniały. To jest minimum przyzwoitości, którego od każdego radnego można oczekiwać. Szczególnie wymowne jest to, że obie oskarżone radne miały najniższą frekwencję na posiedzeniach rady społecznej, a w internecie miały najwięcej do powiedzenia. Ostatecznie zrezygnowałem z funkcji w radzie społecznej, bo miałem dość sporów.

Pressmania: Czy to już koniec sądowych historii z Pana strony?

Mam za sobą wiele spraw sądowych i niestety pewnie będą następne, ale może dzięki temu wyrokowi będzie ich mniej. Niedawno wytoczyłem proces innemu radnemu za nieprawdziwe słowa pod moim adresem – tam adwokat doradził mu ugodę i sprawa zakończyła się szybko. W tej sprawie z radnymi KO słowa wypowiedziane pod moim adresem na sali sądowej mogłyby być podstawą do kolejnego powództwa o naruszenie dóbr osobistych – padło tam wiele obraźliwych sformułowań. Na marginesie, w Sądzie Okręgowym tą sprawą zajmowało się łącznie siedmiu sędziów, bo radne składały wnioski o wyłączenie kolejnych sędziów, co jest też smutnym dowodem kryzysu w sądownictwie.

Pressmania: Wiele osób boi się angażować w politykę właśnie ze względu na ataki słowne. Jak Pan sobie z tym radzi?

Jestem odporny na krytykę i sam często ostro krytykuję innych – bo złe działanie zasługuje na krytykę. Ale nigdy nie zmyślam i nie kłamię, żeby kogoś oczernić dla walki politycznej. To jest granica, której nie przekraczam. Działam niezależnie i konsekwentnie w interesie przejrzystości i gospodarności, co nie podoba się różnym układom politycznym. Wcześniej byłem już posądzany o działanie dla służb specjalnych, o to że Kopalnia Soli mi płaci, a ostatnio że zażądałem łapówki od dewelopera. To wszystko bzdury, ukierunkowane wyłącznie na to, żeby mnie wyeliminować. Może takie wyroki poprawią jakość debaty publicznej i więcej niezależnych i uczciwych osób odważy się zaangażować w życie społeczne? Bo bez tego niewiele się zmieni w Wieliczce jak i całej Polsce.

Pressmania: Co chciałby Pan powiedzieć na koniec?

Cieszę się, że wygrała prawda a nie polityka, bo przy roszadach z sędziami miałem wiele obaw. Dobrym posunięciem było wystąpienie o tryb jawny, dzięki cemu mogłem nagłaśniać proces przed opinią publiczną, co zmniejsza ryzyko politycznego wyroku. Ciesze się tym bardziej, bo byłem sam-bez adwokata, a oprócz dwojga radnych, miałem przeciwko sobie jeszcze ich troje adwokatów. Dziś oni wszyscy przegrali z jednym Panem Bartkiem.

Jestem zwolennikiem wolności słowa, ale wolność słowa to nie bezkarność. W dobie internetu pomówienie potrafi wyrządzić więcej krzywdy niż fizyczny cios. Obiecałem, że ten proces będzie jawny – i był. Udowodniłem ponad wszelką wątpliwość, że radne posługiwały się nieprawdą. Żałuję przede wszystkim zmarnowanego czasu – swojego i radnych. Wolałbym spierać się o plany zagospodarowania przestrzennego Wieliczki albo ochronę rzek, a nie odpierać fałszywe zarzuty w sądzie. Mam nadzieję, że radne KO wykonaja wyrok,  przeproszą publicznie i nie będą mnie oczerniać w przyszłości. Dziękuję redakcji za zainteresowanie tematem i obecność na rozprawie.

Pressmania: dziękujemy.

Bałtycki hazard. Czy Rosja uderzy w polskie porty? Połączmy kropki.

Coś się dzieje na Bałtyku. Nie chodzi o jedną wiadomość, jeden incydent ani jedną deklarację polityka. Chodzi o to, że jeśli połączymy ze sobą wydarzenia z ostatnich tygodni, obraz, który się wyłania trudno zbagatelizować.

10 marca 2026 roku Polska wprowadza strefę EP R130 – nowe, szczelniejsze ograniczenia przestrzeni powietrznej, oficjalnie będące kontynuacją wcześniejszych obostrzeń. Dwa tygodnie później ukraińskie drony po raz pierwszy od czterech lat skutecznie paraliżują rosyjskie porty na Bałtyku – Ust-Ługa i Primorsk zostają trafione. Zbieg okoliczności? Może. Ale wyczyszczenie cywilnego nieba to jednocześnie idealna zasłona dla rajdów dronów lecących wzdłuż krawędzi przestrzeni powietrznej NATO. Ukraiński dron, który uderzył w komin elektrowni Auvere w Estonii, sugeruje, że ta krawędź była nie tylko blisko – mogła zostać przekroczona.

Kreml nie czekał długo z interpretacją. Rosyjscy politycy oficjalnie oskarżyli Polskę o współudział w atakach. Dla Moskwy to nie jest już kwestia domysłów – Polska w ich narracji przestała być krajem neutralnym. A to daje Putinowi gotowy pretekst do „symetrycznej odpowiedzi”, która brzmi groźnie tym bardziej, że cele są oczywiste. Zwłaszcza, ze Polska nie potępiła ataków na porty na Bałtyku, mimo, że to ataki na infrastrukturę cywilną i pogłębianie globalnego kryzysu naftowego.

Rosja nie musi uderzyć w Warszawę. Wystarczą dwa punkty. Naftoport w Gdańsku, przez który płynie dziś niemal cała ropa dla polskich rafinerii. I gazoport w Świnoujściu, odpowiadający za około połowę krajowego zapotrzebowania na gaz. Atak na oba obiekty oznaczałby energetyczny nokaut w ciągu dosłownie kilkudziesięciu godzin. Polska gospodarka wpadłaby w głęboki kryzys – nie metaforycznie, ale fizycznie. Brak dostaw ropy to przestoje na rafineriach, wysokie ceny i ograniczenia sprzedaży benzyny i oleju napędowego. Niedobory gazu to przestoje w przemyśle i elektrowniach.

To efekt rzekomej „dywersyfikacji” źródeł dostaw przez ostatnie dwie dekady. Odchodzenie od własnych surowców – głównie węgla na rzecz importu gazu z egzotycznych krajów (Katar, USA) i ropy z Arabii Saudyjskiej, żeby zrobić na złość Rosji, na której surowce ostatecznie i tak możemy być skazani.

Tu pojawia się pytanie, które boli najbardziej: czy ktoś w Warszawie naprawdę to kalkuluje? Bo Polska 2026 roku to kraj z rosnącym długiem, chaosem administracyjnym i sądowym, trudną do ukrycia sytuacją z NFZ i rządem, który ma polityczne powody, żeby uwagę opinii publicznej skierować gdzieś indziej. Nie ma wdzięczniejszego scenariusza dla władzy w tarapatach niż zewnętrzne zagrożenie, które tłumaczy wszystko – podwyżki cen, braki paliwa, konieczność ograniczenia swobód obywatelskich. Narracja „wina Putina” to polityczny reset, który przykrywa krajowe problemy i ucisza opozycję pod parasolem stanu wyjątkowego.

A USA? Z Białego Domu idą głosy bez owijania w bawełnę: jeśli Polska zostanie zaatakowana, „możemy porozmawiać, czy mamy czas, żeby pomóc”. Poniżej dokładny cytat Marco Rubio:

„Jeśli Europa nie pozwoli nam wykorzystać baz, które obsadzamy i finansujemy, do ich obrony, kiedy będziemy ich potrzebować, powinniśmy je zamknąć i wycofać nasze wojska z Europy. Jeśli zostaną zaatakowani przez Rosję, możemy porozmawiać, czy mamy czas, żeby im pomóc.”

Przekład z dyplomatycznego na ludzki jest brutalny – skoro nie pomogliście nam bronić Zatoki Perskiej, w której też macie interes, my nie będziemy się spieszyć bronić waszej Zatoki Bałtyckiej. Amerykanie będą mogli dalej sprzedawać swój skroplony gaz – tyle że już nie bezpośrednio do Świnoujścia, lecz przez niemieckie terminale. Z dodatkową marżą dla Berlina, który przy okazji umocni swoją pozycję energetycznego pośrednika w regionie. Dla największego sojusznika Tuska – całkiem niezły układ.

Do tego obrazka trzeba dołożyć jeszcze jeden element – samą Ukrainę. Kraj pogrążony w wojnie od czterech lat, wykrwawiony demograficznie i gospodarczo, coraz bardziej desperacki w szukaniu sposobów na zmianę układu sił. Ataki na rosyjskie porty bałtyckie to nie przypadkowa eskalacja – to próba wciągnięcia NATO, a konkretnie Polski, w bezpośrednią konfrontację z Rosją. Ukraina ma w tym oczywisty interes. Polska niekoniecznie.

Dodajmy, że Rosja może skopiować pomysł Iranu na wojnę z Izraelem i USA. Iran zamiast atakować Izrael, atakuje sojuszników Izraela – bazy USA oraz instalacje naftowe w państwach Zatoki Perskiej – Arabię Saudyjską, Kuwet, Bahrajn czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Rosja, podobnie jak Iran, może uzyskać większe efekty atakując i paraliżując sojusznika.

Tymczasem Waszyngton wyraźnie zmienia kurs. Trump nie ukrywa, że woli rozmawiać z Putinem niż prowadzić wojnę przez pełnomocnika. Stany Zjednoczone swoje cele w dużej mierze już osiągnęły – wynegocjowane porozumienie dające USA udział w przychodach z ukraińskich złóż surowców naturalnych to konkretny, wymierny zysk z lat wsparcia. Dalsze zaangażowanie militarne przestaje się Amerykanom opłacać. Ukraina może być stopniowo pozostawiana samej sobie – i szukać ostatniego dźwigni nacisku tam, gdzie jeszcze może, czyli właśnie na Bałtyku. Na Ukrainie społeczeństwo ma już dość wojny, a zwłaszcza łapanek przez wojskowych i wysyłaniu nieprzygotowanych, chorych mężczyzn na front jako mięso armatnie, podczas gdy elity bawią się na dyskotekach w Europie. To już nie jest wojna narodu Ukraińskiego, to jest wojna ekipy Zełeńskiego – o przetrwanie i czerpanie korzyści z władzy Bo póki jest wojna, to nie ma wyborów.

Do tego dochodzi jeszcze jeden element, o którym Polska woli nie mówić głośno. Nord Stream 2 został wysadzony w 2022 roku. Rosja wskazuje na Polskę jako współsprawcę – według tej wersji to z polskiego wybrzeża startowali nurkowie. Czy Polska miała w tym udział? Biorąc pod uwagę, że od początku wojny Polska jest jednym z najbardziej zaangażowanych zaplecz Ukrainy – lotnisko w Rzeszowie służy jako główny węzeł przerzutu broni i pomocy wojskowej – ta wersja nie jest dla nikogo abstrakcją. Dla świata liczą się fakty, a fakty są proste: rurociąg wyleciał w powietrze, Polska aktywnie wspiera Ukrainę, a teraz ukraińskie drony paraliżują rosyjskie porty bałtyckie.

Nikt nie będzie czekał na wyniki śledztwa. W oczach Kremla – i nie tylko Kremla – obrazek jest już zamknięty. Ewentualny rosyjski odwet na polską infrastrukturę energetyczną miałby w tej narracji żelazne uzasadnienie. Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

Polska w tym scenariuszu jest wygodnym narzędziem – wystarczająco zaangażowanym, żeby ponosić konsekwencje, i wystarczająco małym, żeby nikt się za nią specjalnie nie wstawiał.

Na tym tle zachowanie części polskich polityków jest szkodliwe do bólu. Kiedy Stany Zjednoczone rozmawiają z Moskwą, Turcja od lat prowadzi z Rosją interesy ignorując sankcje, Węgry blokują unijne decyzje wymierzone w Kreml, a Słowacja otwarcie kwestionuje sens dalszego wsparcia dla Ukrainy – polska klasa polityczna wciąż straszy Putinem jak mantrą. Nie jako element realnej strategii obronnej, lecz jako narzędzie do mobilizowania elektoratu i zagłuszania krajowych problemów.

Wszyscy dookoła – włącznie z naszymi formalnymi sojusznikami – dogadują się z Rosją, robią interesy, szukają wyjść. Ponad naszymi głowami, bez pytania nas o zdanie. A Polska tkwi w narracji z 2022 roku, jakby czas się zatrzymał, i wystawia się na ryzyko, którego nikt inny już nie chce ponosić.

To nie jest polityka. To frajerstwo.

Pytanie, które po tym wszystkim pozostaje, jest proste i nieprzyjemne: czy polskie władze świadomie grają w grę, w której stawką jest nasze bezpieczeństwo energetyczne, a nagrodą – przetrwanie polityczne przy władzy? Dane mówią to, co mówią. Resztę oceń sam.

O Gazoporcie w Świnoujściu jako potencjalnym celu pisałem już w 2022 roku:

O głupiej kontynuacji wojny na Ukrainie w kontekście dostaw paliw również pisałem w 2022 roku:

Dyplomy zamiast dzieci. System niszczy demografię.

Na obradach Małopolskiego Sejmiku 30 marca 2026 odbyła się burzliwa dyskusja dotycząca rodziny i dzietności. Przewodniczący Sejmiku prof. Jan Tadeusz Duda stwierdził, ze słowo „rodzina” jest niemile widziane przez Komisje Europejską i samorząd sejmiku musiał się wycofać z karty praw rodziny, bo komisja groziła wstrzymaniem funduszy. Padło też wiele różnych argumentów dotyczących dzietności i zakładania rodziny, ale nie najważniejsze.

Na wstępie, przestańmy się oszukiwać, że młodzi obecnie mają za trudno, żeby założyć rodzinę. Dostępność mieszkań jest dużo większa niż 40 lat temu, bezrobocie minimalne. 40 lat temu nie było tez 800+ i wielu przywilejów dla rodziców.

W 1983 roku wskaźnik dzietności w Polsce wynosił ok. 2,3 – kobieta rodziła średnio ponad dwoje dzieci. W 2025 roku spadł do ok. 1,1. Jesteśmy w ścisłej czołówce najniższej dzietności na świecie.

Co się zmieniło? W 1983 roku tylko kilka procent Polaków miało wyższe wykształcenie. Dziś – ponad 45%. A przecież dzisiaj dostęp do wiedzy jest na wyciągnięcie palca: każdy za darmo może oglądać wykłady z najlepszych uczelni świata, uczyć się języków, zdobywać praktyczne umiejętności. W karierze liczy się doświadczenie i odpowiedzialność, nie tylko papierek. Poświęcone 5 lat na dyplom to biologicznie czas, który powinien być przeznaczony na założenie rodziny i budowanie domowego ogniska. Na naukę nigdy nie jest za późno – na rodzinę niestety tak.

Do tego urzędy same tworzą dogmat konieczności studiów, wymagając wyższego wykształcenia na stanowiska urzędnicze. To lobby akademickie i lewicowe podejście na uczelniach windują cenę dyplomu, choć merytorycznie często jest on niewiele wart.

Mamy też kryzys męskości. W 1983 roku przeszkolonych wojskowo mężczyzn były miliony (pobór powszechny). Dziś – brak poboru, wyszkolenie zanika. Mniej zahartowanych, zdyscyplinowanych i odpowiedzialnych mężczyzn, a więcej pełnoletnich maminsynków, którzy nie potrafią obsłużyć wiertarki czy zabić kury na rosół.

Rząd traktuje osoby do 26. roku życia jak dzieci – ulga podatkowa, ubezpieczenie, ale bez wymagania dorosłości. Efekt? Przedłużone dzieciństwo, bez odpowiedzialności za założenie rodziny.

System emerytalny promuje karierę. Dobre jest zestawienie dwóch kandydatów na prezydentów w wyborach 2025. Prof. Joanna Senyszyn chwali się bezdzietnością, ma emeryturę ok. 13 tys. zł, ma kilka mieszkań i milionowy majątek. Matka Marka Wocha – wychowała szóstkę dzieci – dostaje najniższą emeryturę, bo nie pracowała etatowo. Ale to jej dzieci pracują na emeryturę Pani Profesor. System karze rodzicielstwo. Młoda kobieta to widzi i myśli: wolę karierę i majątek – niech inni wychowują dzieci, które będą na mnie pracować.

Media podnoszą poprzeczkę: piękne kobiety i bogaci mężczyźni jako wzór. Efekt? Wygórowane oczekiwania, szukanie ideału, samotność. Do tego depresja i wizyty u psychologów biją rekordy. Samotność kwitnie, dziadkowie są odcięci od wnuków, bo te się nie rodzą, albo są daleko. Do tego młode matki co do wychowania dzieci bardziej ufają medialnym psycholożkom i infuencerkom, niż swoim matkom.

A tryb życia? Praca przy biurku, brak ruchu, stres, przetworzona żywność. To nie jest życie w zgodzie z naturą. Skutek? Problemy zdrowotne, spadek libido, niższa płodność.

Do tego konieczność bezstresowego wychowania dzieci. Dziś przemoc domowa to nie tylko przemoc fizyczna, ale przemoc psychiczną i ekonomiczną. Lawinowo rośnie liczba „niebieskich kart”. Dziecko może zgłosić przemoc rodzica za to, że odcięto mu internet albo nie daje pieniędzy na gry komputerowe. To rozbija rodziny.  W szkołach i przedszkolach nauczycielowi nie wolno użyć słowa kara. Nie wolno dziecka odesłać do kąta. Młode „europejskie” pokolenie nie tylko jest nieliczne, ale i słabe.

I oczywiście, to jest kierunek, który nadaje nam Unia Europejska. Pierwotnie tworzona jako Europejska Wspólnota Węgla i Stali, a dziś, Europejska Głupota Klimatyzmu i Genderyzmu.

Odeszliśmy od konserwatyzmu i wiary. A na świecie najwyższą dzietność mają kraje muzułmańskie – często 3-4 dzieci na kobietę. Ta kultura rośnie w siłę. Nie łudźmy się: złudne prawa kobiet w cywilizowanym świecie nie przetrwają, jeśli nie będziemy rodzić. Zamiast chrześcijańskiego konserwatyzmu w Europie może przyjść szariat, gdzie kobieta jest poddanym męża, może być bita i nie może się uczyć. To nie straszenie – to trend demograficzny i najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Należy skończyć z dogmatem studiów i dyplomów, ale politycy nie mają odwagi o tym mówić. Jeśli chcemy dbać o demografię, to nie oszukujmy się. Wiek 20-25 lat to biologiczny czas na zakładanie rodzin, a na naukę nigdy nie jest za późno. Dziś wiedza jest na wyciągniecie palca w telefonie.